Koniec roku - czas podsumowań i podliczeń. Czas bezmyślnego biegania po sklepach dla jednych i czas zastanowienia się nad sobą dla drugich. Czas smutku, bo minął kolejny rok naszego życia i jaki by on nie był, już nigdy więcej nie wróci i czas radości, bo najkrótszy dzień w roku już za nami i teraz może być tylko lepiej, jaśniej, od nowa...?
Któż to może wiedzieć. Może tak, a może nie. A może cały ten Nowy Rok to tylko taka nasza wydumana historia, która ma nas ponownie przywrócić do pionu i do czegoś zmobilizować? Że niby coś sobie postanowimy, że będzie inaczej, że będziemy, lub nie, coś robić? Że teraz, to już na pewno...
Nie jestem zwolennikiem tzw. postanowień noworocznych. Wydaje mi się, że każdy dzień jest równie dobry do podjęcia lub zaniechania czegoś, jak ten umowny nowy rok. Jak chcesz coś robić, masz do tego przekonanie i trochę silnej woli, to możesz zacząć od stycznia, ale równie dobrze od połowy kwietnia. Dlatego też nie podejmuję żadnych "postanowień noworocznych".
Matylda natomiast jak najbardziej takowe postanowienia podejmuje i stara się je w ciągu roku realizować. Na koniec zaś pracowicie i sumiennie odkreśla w swoim notatniku, co się udało, a co nie.
Która droga słuszna? Każda. Dla każdego coś dobrego, bo przecież każdy jest inny. Kiedy, jak, co i czy w ogóle, to zależy w dużej mierze już tylko od nas. Napisałem "czy w ogóle" ponieważ myślę, że podejmowanie jakichś postanowień na siłę, no bo przecież nowy rok i coś trzeba wymyślić, mija się z celem. Nie dość, że pewnie i tak ich nie zrealizujemy, to jeszcze poczujemy się gorzej, bo znowu się nie udało!
Ze wszystkich przedstawionych wyżej powodów, tekst ten nie będzie naszym rozliczeniem z tego, co sobie postanowiliśmy, a raczej luźną retrospekcją mijającego roku i spraw, które jakoś zapisały się w naszej pamięci, pozostały we wspomnieniach, były jakąś zmianą w życiu.
Niejednokrotnie są to rzeczy błahe i być może zupełnie nieważne, a nawet - dla kogoś patrzącego z zewnątrz - śmieszne i niepoważne. Dla nas wyróżniły się jednak z morza codzienności. Stały się tym, co sprawiało, że - jak mawia Matylda - "Wiem, co robiłam w tamtą niedzielę, ponieważ nie była ona taka, jak dziesiątki innych..."
Jeżeli zatem jeszcze nie posnęliście nad tym przydługim wstępem, to zróbcie sobie dobrej kawy, herbaty, czy co tam lubicie popijać i zapraszamy do lektury!
Blogowanie
Tak po prawdzie, to najpierw chcieliśmy prowadzić tylko coś w rodzaju dzienniczka treningowego dla nas, a czasem przy okazji wrzucić jakiś tekst. Przy pisaniu pierwszych postów okazało się, jak to dawno już nie przelewaliśmy myśli na papier, czy tam ekran. Szło ciężko i opornie. W związku z tym pomyślałem, że dla rozruszania szarych komórek oraz dla dostarczenia nowych bodźców ospałej mózgownicy, warto byłoby pisać coś więcej. I tak jakoś się to zaczęło, a dodatkowo okazało się, że pisanie to fajna zabawa, zmuszająca do myślenia, skupienia i precyzowania swoich myśli.
Pewnie każdy z Was zna to uczucie: niby mam sto tysięcy pomysłów, milion myśli i tematów, a kiedy siadam przed ekranem okazuje się, że w głowie jeden wielki mętlik, z którego nijak nie można tej jednej potrzebnej niteczki wyplątać. Otóż - Szanowne Państwo - regularne pisanie pomaga te potrzebne niteczki łatwiej wyplątywać. Voilà!
Nie jest tak, że zawsze się chce, że zawsze się udaje. Myślę jednak, że nie ma co zbytnio liczyć na wenę i natchnienie. Owszem, czasem zdania same płyną spod palców i jest pięknie. W większości jednak, potrzeba nieco dyscypliny i samozaparcia, aby wykrystalizować siedzący w głowie temat. Zresztą, czytając biografie pisarzy, bardzo często spotykałem się ze stwierdzeniem, że aby pisać, trzeba pisać. Przysiąść fałdów, przeznaczyć na to konkretny czas i pisać.
Przed upublicznieniem bloga napisałem sobie kilka tekstów "na zapas", zanotowałem kilka pomysłów na kolejne artykuły i... zaczęło się. Poszło w eter.
W czym piszemy?
Kwestie techniczne, czyli w czym piszę. Najczęściej w edytorze Bloggera - serwisu na którym jest nasz blog. Czasem sięgam po darmową wersję programu do pisania, noszącego jakże wdzięczną nazwę "WriteMonkey". Istnieje także płatna wersja tej aplikacji, lecz to co oferuje darmowa, w zupełności mi wystarcza.
![]() |
| Tak wygląda pisanie w programie WriteMonkey, który podczas pisania imituje dźwięki starych maszyn do pisania |
Matylda przeważnie pisze swoje teksty w Open Office. Ja, mimo tego, że propaguję ten program jako darmową alternatywę dla Microsoft Office, to jednak sam jakoś nie potrafię się do niego przekonać. To wszystko. Żadnych niesamowitych niesamowitości.
Jak piszę?
Najpierw jest pomysł. Matyldy, lub mój. Najczęściej najpierw zapisuję ten pomysł, sam temat, myśl przewodnią. Zdarza się, że taki temat leży sobie czas jakiś i czeka na odpowiedni nastrój, na to kiedy będę gotowy go ugryźć. Czasem piszę od razu. Po prostu siadam, piszę i tyle. Gotowe. Następnie zostawiam taki świeżo napisany tekst i zajmuję się czymś zupełnie innym. Czymś nie związanym z blogiem i pisaniem. Tekst "stygnie".
Przeważnie wracam do niego następnego dnia, kiedy indziej przerwa jest dłuższa. Wracam, czytam, sprawdzam, poprawiam, koryguję błędy i nieścisłości, dodaję zdjęcia. Zazwyczaj robię jedną, czasem dwie takie korekty. Zależy od tekstu. Niekiedy tekst jest jakiś kanciasty, nie leży mi. Wówczas zmieniam całe akapity, wyrzucam, dodaję. Ot, taka dłubanina (np. przed poprawkami słowo "czasem" występowało w tym akapicie chyba z pięć razy...). Później już tylko publikacja i tutaj na scenę wkraczacie Wy, bo chociaż wciągające jest pisanie, dla pisania, to jednak znacznie więcej emocji przynosi pisanie dla kogoś...
Przeważnie wracam do niego następnego dnia, kiedy indziej przerwa jest dłuższa. Wracam, czytam, sprawdzam, poprawiam, koryguję błędy i nieścisłości, dodaję zdjęcia. Zazwyczaj robię jedną, czasem dwie takie korekty. Zależy od tekstu. Niekiedy tekst jest jakiś kanciasty, nie leży mi. Wówczas zmieniam całe akapity, wyrzucam, dodaję. Ot, taka dłubanina (np. przed poprawkami słowo "czasem" występowało w tym akapicie chyba z pięć razy...). Później już tylko publikacja i tutaj na scenę wkraczacie Wy, bo chociaż wciągające jest pisanie, dla pisania, to jednak znacznie więcej emocji przynosi pisanie dla kogoś...
Kto to będzie czytał, czyli Wy Szanowni Czytelnicy
Po pierwsze i na samym początku: bardzo, bardzo dziękujemy wszystkim, którzy nas czytają. Wszystkim komentującym, plusującym, lubiącym itp. Wszystkim Wam, dzięki którym mamy pomysły, chęci i motywację do dalszego prowadzenia tego bloga. Wielkie dzięki za to, że poświęcacie odrobinkę czasu dla nas, że jesteście z nami i dzielicie się swoją opinią!
Każda odsłona, każde wyświetlenie, każdy plusik pod wpisem bardzo nas cieszy! Nawet nie macie pojęcia, jak ważne dla piszącego (i nie tylko pewnie piszącego) jest to "sprzężenie zwrotne". Nie przepadam za używaniem obcojęzycznych słówek, lecz tutaj nie mogę się oprzeć przed użyciem słówka "feedback".
Ten właśnie feedback, ta odpowiedź z Waszej strony, to miód dla serc naszych ;)
To, że ktoś przeczytał, zainteresował się, napisał komentarz, to wszystko bardzo wiele dla nas znaczy. Motywuje do dalszego pisania. Bo może dzięki tej naszej niezgrabnej pisaninie, ktoś spędził kilka przyjemnych minut, może zapomniał o swoich zmartwieniach, może dobrze się ubawił, a może nawet dowiedział czegoś nowego.
Dlatego też gorąco zachęcamy Was wszystkich do dawania tego "sprzężenia zwrotnego". Do aktywnego uczestnictwa w naszym blogu. Do komentowania, plusowania, lubienia itd. Wytykania wad i przede wszystkim: do wyrażania opinii. Wasza aktywność jest dla nas naprawdę bardzo ważna. Bo tak naprawdę, to bez Was ten blog pewnie by już nie istniał.
Każda odsłona, każde wyświetlenie, każdy plusik pod wpisem bardzo nas cieszy! Nawet nie macie pojęcia, jak ważne dla piszącego (i nie tylko pewnie piszącego) jest to "sprzężenie zwrotne". Nie przepadam za używaniem obcojęzycznych słówek, lecz tutaj nie mogę się oprzeć przed użyciem słówka "feedback".
Ten właśnie feedback, ta odpowiedź z Waszej strony, to miód dla serc naszych ;)
To, że ktoś przeczytał, zainteresował się, napisał komentarz, to wszystko bardzo wiele dla nas znaczy. Motywuje do dalszego pisania. Bo może dzięki tej naszej niezgrabnej pisaninie, ktoś spędził kilka przyjemnych minut, może zapomniał o swoich zmartwieniach, może dobrze się ubawił, a może nawet dowiedział czegoś nowego.
Dlatego też gorąco zachęcamy Was wszystkich do dawania tego "sprzężenia zwrotnego". Do aktywnego uczestnictwa w naszym blogu. Do komentowania, plusowania, lubienia itd. Wytykania wad i przede wszystkim: do wyrażania opinii. Wasza aktywność jest dla nas naprawdę bardzo ważna. Bo tak naprawdę, to bez Was ten blog pewnie by już nie istniał.
Leon i Matylda, czyli czy Matylda naprawdę istnieje
Czas jakiś temu, pod jednym z wpisów Emmy Ernst (zainteresowani mogą kliknąć i poczytać o co szło) wywiązała się ciekawa dyskusja, w której mowa była m.in. o bytach potencjalnych ;) Myślę czasem, czy niektórzy z Was nie uważają, że całą tę Matyldę to ja sobie sam wydumałem i że jest ona bytem potencjalnym lub urojonym właśnie. Otóż, w tymi miejscu pragnę z całą stanowczością zaprzeczyć wszelkim pogłoskom, jakoby właśnie Matylda do bytów potencjalnych, tudzież urojonych, należała ;) Jest ona - znaczy się Matylda - bytem jak najbardziej realnym, choć, jako kobieta, zwiewnym i ulotnym przecież :)
Trochę bardziej poważnie. Prawdą jest, że więcej na blogu udziela się Leon, czyli mój, na potrzeby bloga stworzony awatar. Dlaczego tak jest? Tak jakoś wyszło. Po prostu. Nie planowaliśmy takiego podziału ról, ani specjalnie się nad nim nie zastanawialiśmy. Niektóre wpisy tworzy Matylda, niektóre Leon. Opinie wyrażane w komentarzach, najczęściej pisze Leon, lecz zazwyczaj, choć nie zawsze oczywiście, odzwierciedlają one nasze wspólne zdanie na jakiś temat. Często jest tak, że rozmawiamy o jakichś komentarzach, Matylda mówi, a ja piszę. Tak mniej więcej to wygląda.
Podsumowując: Matylda istnieje naprawdę, no chyba że coś ze mną nie do końca...wiecie, lecz w takim razie sam tego nie rozstrzygnę... ;)
Rok pełen biegania
Rok 2014 to rok, który - jako pierwszy - w całości i regularnie "przebiegliśmy". Przygodę z bieganiem rozpoczęliśmy w listopadzie 2013. Nasze początki i historię o nich możecie przeczytać m.in. w tych wpisach:
- Bieganie, czyli Leona i Matyldy walka z grawitacją - część I
- Bieganie, czyli Leona i Matyldy walka z grawitacją - część II
- Bieganie, czyli Leona i Matyldy walka z grawitacją - część III
Wiem, wiem, rozpisałem się wtedy niemożebnie, ale tak jakoś wyszło, a może ktoś w wolnej chwili zerknie. Wracając do biegania. Stało się ono dla nas integralnym elementem codzienności. Jak mycie zębów, czy karmienie kotów. Dzięki bieganiu staliśmy się bardziej zdyscyplinowani i uporządkowani. Matylda nawet podsumowała swój pierwszy rok biegania w oddzielnym wpisie. Tak jak tam napisała: bieganie pomogło nam trochę wrócić do natury. Na nowo zaczęliśmy dostrzegać zmiany pór roku, kolorów i zapachów lasu. Bieganie pomaga nam odreagować kiepski dzień, przewietrzyć umysł, poustawiać co nieco, we właściwej kolejności.
Dzięki bieganiu poznaliśmy także i Was. Tych wszystkich, którzy czytają nasze, jakże pasjonujące, "Sportowe podsumowania tygodnia", komentują i dzielą się swoimi opiniami.
Dodatkowo mamy wiele frajdy z brania udziału w imprezach biegowych. Mi w tym roku udało się pobiec w 24. Półmaratonie Philipsa w Pile, 34. Międzynarodowym Biegu Ulicznym Ptolemeusza w Kaliszu oraz w Biegu św. Marcina w Kępnie. Matylda także zdecydowała się wystartować i zadebiutowała na Biegu św. Marcina w Kępnie. Wcześniej - zanim zaczęliśmy biegać - nie wydawało nam się, aby bieganie w tłumie ludzi mogło być przyjemne i dawać satysfakcję. Teraz uważamy, że jest to bardzo miła forma spędzania wolnego czasu.
Mamy nieśmiałą nadzieję, że bieganie pozostanie z nami na dłużej i nie będzie stanowiło tylko krótkiego epizodu w życiu. Niezdecydowanym mówimy: spróbujcie, bo warto. Niczego nie stracicie, a możecie tylko zyskać.
- Bieganie, czyli Leona i Matyldy walka z grawitacją - część I
- Bieganie, czyli Leona i Matyldy walka z grawitacją - część II
- Bieganie, czyli Leona i Matyldy walka z grawitacją - część III
Wiem, wiem, rozpisałem się wtedy niemożebnie, ale tak jakoś wyszło, a może ktoś w wolnej chwili zerknie. Wracając do biegania. Stało się ono dla nas integralnym elementem codzienności. Jak mycie zębów, czy karmienie kotów. Dzięki bieganiu staliśmy się bardziej zdyscyplinowani i uporządkowani. Matylda nawet podsumowała swój pierwszy rok biegania w oddzielnym wpisie. Tak jak tam napisała: bieganie pomogło nam trochę wrócić do natury. Na nowo zaczęliśmy dostrzegać zmiany pór roku, kolorów i zapachów lasu. Bieganie pomaga nam odreagować kiepski dzień, przewietrzyć umysł, poustawiać co nieco, we właściwej kolejności.
Dzięki bieganiu poznaliśmy także i Was. Tych wszystkich, którzy czytają nasze, jakże pasjonujące, "Sportowe podsumowania tygodnia", komentują i dzielą się swoimi opiniami.
Mamy nieśmiałą nadzieję, że bieganie pozostanie z nami na dłużej i nie będzie stanowiło tylko krótkiego epizodu w życiu. Niezdecydowanym mówimy: spróbujcie, bo warto. Niczego nie stracicie, a możecie tylko zyskać.
Rowerowy wyjazd na Bornholm
Nie zawiedliśmy się. Bornholm spełnił nasze oczekiwania. Może nie wszystko było idealnie, może pogoda trochę nie taka, może na koniec było trochę nerwowo. Ogólnie jednak wakacyjny wyjazd rowerami na Bornholm uznajemy za bardzo udany. Dużo zobaczyliśmy, sporo przejechaliśmy, mieliśmy trochę przygód. Wspomnienia pozostaną na zawsze. Matylda nawet coś nieśmiało przebąkuje o powtórce...
Obszerne relacje z każdego dnia naszej wyprawy zamieszczałem na bieżąco. Pisałem z telefonu, tak więc i zdjęcia i teksty nie zawsze są takie, jakbym sobie tego życzył, może jednak kogoś zainteresują:
- Bornholm - dzień pierwszy - przyjazd
- Bornholm - dzień drugi
- Bornholm - dzień trzeci
- Bornholm - dzień czwarty
- Bornholm - dzień piąty, czyli nie ma lekko
- Bornholm - dzień szósty
- Bornholm - dzień siódmy, czyli tylko śmierć jest pewna
- Rowerami po Bornholmie - podsumowanie wyjazdu
- Bornholm - dzień drugi
- Bornholm - dzień trzeci
- Bornholm - dzień czwarty
- Bornholm - dzień piąty, czyli nie ma lekko
- Bornholm - dzień szósty
- Bornholm - dzień siódmy, czyli tylko śmierć jest pewna
- Rowerami po Bornholmie - podsumowanie wyjazdu
Gorąco polecamy Bornholm jako miejsce na spokojne wakacje dla ludzi ceniących przyrodę, spokój, piękne krajobrazy i... kulturalnych kierowców na drogach. A jeżeli dodatkowo lubicie jeździć na rowerze, nie boicie się wiatru w twarz i chcecie przeżyć ciekawe - ba rzekłbym nawet - romantyczne chwile, to Bornholm jest zdecydowanie dla Was. Aha, jak ognia unikajcie katamaranu Jantar, pływającego z Kołobrzegu - powód tego ostrzeżenia znajdziecie w kilku ostatnich relacjach z naszej wyprawy.
Przejście na wegetarianizm
Od bodajże dziesięciu już lat Matylda z mięs jadła tylko ryby, czyli była takim prawie wegetarianinem. Prawie wegetarianizm Matyldy wynikał głównie z powodu jej przekonań. Chodzi tutaj o przemysłową hodowlę zwierząt, warunki tuczu uboju itp sprawy. Trochę było w tym wszystkim niekonsekwencji, no bo przecież ryby jadła... Ja byłem zadeklarowanym mięsożercą i w głębokim poważaniu miałem warunki tuczu. Bo jakże to, na siłowni bez mięsa? Bez białka? Niemożliwe. Trzeba jeść mięso. Dużo i często. Mięso obowiązkowo być musi!
I tak sobie to mięso jadłem. Aż nastał lipiec 2014 roku i trochę za przykładem Matyldy, a trochę z chęci wypróbowania (bo ja taki niewierny Tomasz jestem), czy aby na pewno, nie jedząc mięsa, będę mógł na siłowni co najwyżej ręcznik nosić, postanowiłem, że nie będę jadł mięsa. Żadnego. Włącznie z rybami. Jako postanowiłem, tak i uczyniłem. Dodatkowo Matylda także zrezygnowała z ryb. Postanowiliśmy zostać wegetarianami pełną - nomen omen - gębą.
Jak czas pokazał, praktycznie wszystkie obawy okazały się bezpodstawne. Mięso znakomicie udało mi/nam się zastąpić. Co jemy? Jemy zwykłe rzeczy. Żadnych egzotycznych wygibasów. Jemy kasze (gryczaną, jaglaną, pęczak, kuskus), ryż brązowy i biały, jemy makarony, jemy soczewicę, groch, fasolę, ziemniaki, nabiał, sery, jajka, mleko, oraz oczywiście warzywa, owoce i orzechy, o zdrowych tłuszczach nie zapominając. Tak: nabiał, sery, mleko i jajka. Jesteśmy wegetarianami, a nie weganami, lub jak ktoś woli bardzo dokładne określenie, to laktoowowegetarianami ;)
Czy z powodu takiej diety czujemy się gorzej? Raczej nie. Myślę, że czujemy się normalnie. Wbrew temu, o co się obawiałem, siła pozostała na poziomie z czasów jedzenia mięsa, jakichś spadków nie odnotowałem. Wytrzymałość też nie najgorsza. Biegać można bez najmniejszych problemów. Pewnie, że czasem zdarzają się gorsze dni i kiepskie humory. Na to, ani żadne lekarstwo, ani też dieta cud nie pomoże. Tak to już jest.
Czy dieta wegetariańska jest lepsza od diety mięsnej? Nie wiemy i nie o to tutaj chodzi. Nie mamy też zamiaru w tym miejscu przekonywać kogokolwiek do zmiany sposobu odżywiania. Stwierdzamy tylko, że my postanowiliśmy z takich, czy innych powodów mięsa nie jadać. Że - jak do tej pory - jest nam z tym dobrze, że niczego nam nie brakuje, oraz że - wbrew opiniom, które zdarzało mi się słyszeć - nie jesteśmy ospali i pozbawieni energii, a wręcz przeciwnie.
Książki warte uwagi
Mimo niezdrowego pędu życia, mimo pośpiechu i na siłę wpychanego multitaskingu, udało nam się w tym roku przeczytać kilka książek. Te ciekawsze staraliśmy się opisywać na naszym blogu. Jest to tylko wybór kilku, z tego, co czytaliśmy, lecz wydaje się nam, że warto poświęcić chwilkę na przeczytanie przynajmniej niektórych. Pisaliśmy w tym roku o:
- "Golgota" - Czingiz Ajtmatow - ZSRR jakiego nie znamy. Świat morderców, narkomanów, gangsterów i wszelakiej maści rzezimiechów. Tę część rzeczywistości państwo radzieckie bardzo skrzętnie ukrywało. Ta część oficjalnie nie istniała. Wszyscy uczciwie i ciężko pracowali. Wszyscy służyli krajowi i partii. Wszyscy byli zadowoleni. A tutaj nagle Ajtmatow wyjeżdża z taką książką... Książka nie nowa, lecz warta uwagi.
- "Dom w Fezie" i "Dom kalifa" - „Dom w Fezie" to książka napisana przez Australijkę - Suzanne Clarke, która swojego raju na ziemi postanowiła poszukać w zakamarkach mediny w Fezie. Po wielu perypetiach stała się posiadaczką ponad trzystuletniego riadu i tutaj zaczynają się jej zmagania, a wyidealizowany obraz Maroka jako krainy baśni tysiąca i jednej nocy zderza się z rzeczywistością - potyczkami z marokańską biurokracją oraz specyficznym podejściem do pracy marokańskich rzemieślników.
„Dom Kalifa” to przezabawna historia Tahira Shaha, który zmęczony angielską pogodą wyrusza w stronę marokańskiego słońca i decyduje się na zakup Domu Kalifa - piękniej rezydencji, która jednak lata świetności ma już zdecydowanie za sobą.
Dwie lekkie opowieści z innego kręgu kulturowego. Obcego dla nas świata islamu. Warto przeczytać, poznać trochę tej - dość ostatnio ekspansywnej - kultury. Lektura lekka i przyjemna.
- "Zawołajcie położną" - Jennifer Worth - Autorka w obrazowy sposób przedstawia trudne życie mieszkańców portowych dzielnic Londynu – czynszowe domy, w większości z jedną wspólną toaletą, często bez bieżącej wody, przepełnione dwu lub trzypokojowe mieszkania, w których oprócz rodziców mieszkało kilkoro, a często kilkanaścioro dzieci w czasach, gdy temat antykoncepcji - przynajmniej wśród najbiedniejszych londyńczyków - był praktycznie zupełnie nieznany.
- "Zamień chemię na jedzenie" - Julita Bator - „Zamień chemię na jedzenie”- Julity Bator – to pozycja obowiązkowa dla wszystkich tych osób, które mają chęć i siły, aby zamienić się w supermarketowego detektywa i z benedyktyńską dokładnością studiować etykiety produktów spożywczych przed wrzuceniem ich do koszyka. Jeżeli chcesz wiedzieć, co jesz i dlaczego większości z tego lepiej unikać - przeczytaj książkę Julity Bator.
- "Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym" - Anna Mularczyk Meyer - W książce nie znajdziemy zachęt do gwałtownych życiowych rewolucji i zmian. Autorka pokazuję swoją drogę maleńkich kroków ku poprawie jakości swojego życia nakierowanego na zdobywanie kolejnych rzeczy - mniej posiadać, więcej być i przeżywać, ale bez popadania w skrajności i rzucania wszystkiego, aby na przykład zająć się hodowlą kóz w Bieszczadach.
- "Angole" - Ewa Winnicka - z przeprowadzonych przez autorkę rozmów z emigrantami wyłania się bardzo zróżnicowany portret polskiej emigracji ostatniego dziesięciolecia. Znajdziemy tu również wiele ciekawych spostrzeżeń na temat tytułowych „Angoli”- ich mentalności i podejścia do emigrantów. Prawdziwe (może momentami podkoloryzowane) opowieści z życia najmłodszej emigracji, czyli "na wyspach" nie zawsze jest tak różowo, jakby się wydawać mogło.
Powyższy wybór książek jest wyborem zupełnie subiektywnym. Wydawało nam się, że z książek, które przeczytaliśmy w tym roku, te akurat zasługują na jakąś formę wyróżnienia, że warte są przeczytania, bądź opisują dość aktualne sytuacje i jakoś tam wpisują się w tematykę naszego bloga. Z innych rzeczy, które czytaliśmy można wymienić m.in. książki Marka Krajewskiego, mroczną prozę Lovecrafta, Cykl Inkwizytorski Jacka Piekary, książki Murakamiego, Kapuścińskiego, czy świetne reportaże Jacka Hugo Badera: "Biała gorączka" i "Dziennik kołymski".
- "Dom w Fezie" i "Dom kalifa" - „Dom w Fezie" to książka napisana przez Australijkę - Suzanne Clarke, która swojego raju na ziemi postanowiła poszukać w zakamarkach mediny w Fezie. Po wielu perypetiach stała się posiadaczką ponad trzystuletniego riadu i tutaj zaczynają się jej zmagania, a wyidealizowany obraz Maroka jako krainy baśni tysiąca i jednej nocy zderza się z rzeczywistością - potyczkami z marokańską biurokracją oraz specyficznym podejściem do pracy marokańskich rzemieślników.
„Dom Kalifa” to przezabawna historia Tahira Shaha, który zmęczony angielską pogodą wyrusza w stronę marokańskiego słońca i decyduje się na zakup Domu Kalifa - piękniej rezydencji, która jednak lata świetności ma już zdecydowanie za sobą.
Dwie lekkie opowieści z innego kręgu kulturowego. Obcego dla nas świata islamu. Warto przeczytać, poznać trochę tej - dość ostatnio ekspansywnej - kultury. Lektura lekka i przyjemna.
- "Zawołajcie położną" - Jennifer Worth - Autorka w obrazowy sposób przedstawia trudne życie mieszkańców portowych dzielnic Londynu – czynszowe domy, w większości z jedną wspólną toaletą, często bez bieżącej wody, przepełnione dwu lub trzypokojowe mieszkania, w których oprócz rodziców mieszkało kilkoro, a często kilkanaścioro dzieci w czasach, gdy temat antykoncepcji - przynajmniej wśród najbiedniejszych londyńczyków - był praktycznie zupełnie nieznany.
- "Zamień chemię na jedzenie" - Julita Bator - „Zamień chemię na jedzenie”- Julity Bator – to pozycja obowiązkowa dla wszystkich tych osób, które mają chęć i siły, aby zamienić się w supermarketowego detektywa i z benedyktyńską dokładnością studiować etykiety produktów spożywczych przed wrzuceniem ich do koszyka. Jeżeli chcesz wiedzieć, co jesz i dlaczego większości z tego lepiej unikać - przeczytaj książkę Julity Bator.
- "Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym" - Anna Mularczyk Meyer - W książce nie znajdziemy zachęt do gwałtownych życiowych rewolucji i zmian. Autorka pokazuję swoją drogę maleńkich kroków ku poprawie jakości swojego życia nakierowanego na zdobywanie kolejnych rzeczy - mniej posiadać, więcej być i przeżywać, ale bez popadania w skrajności i rzucania wszystkiego, aby na przykład zająć się hodowlą kóz w Bieszczadach.
- "Angole" - Ewa Winnicka - z przeprowadzonych przez autorkę rozmów z emigrantami wyłania się bardzo zróżnicowany portret polskiej emigracji ostatniego dziesięciolecia. Znajdziemy tu również wiele ciekawych spostrzeżeń na temat tytułowych „Angoli”- ich mentalności i podejścia do emigrantów. Prawdziwe (może momentami podkoloryzowane) opowieści z życia najmłodszej emigracji, czyli "na wyspach" nie zawsze jest tak różowo, jakby się wydawać mogło.
Powyższy wybór książek jest wyborem zupełnie subiektywnym. Wydawało nam się, że z książek, które przeczytaliśmy w tym roku, te akurat zasługują na jakąś formę wyróżnienia, że warte są przeczytania, bądź opisują dość aktualne sytuacje i jakoś tam wpisują się w tematykę naszego bloga. Z innych rzeczy, które czytaliśmy można wymienić m.in. książki Marka Krajewskiego, mroczną prozę Lovecrafta, Cykl Inkwizytorski Jacka Piekary, książki Murakamiego, Kapuścińskiego, czy świetne reportaże Jacka Hugo Badera: "Biała gorączka" i "Dziennik kołymski".
Roczne podsumowanie aktywności
Nadszedł czas na kilka tabelek. W roku 2014 udało nam się przebiec około 1500km. Na rowerze przejechaliśmy w okolicach 1300km. Pewnie do końca grudnia jeszcze kilkadziesiąt kilometrów biegu dojdzie, ale to nie jest już takie ważne.
Doskonale zdajemy sobie sprawę, że te wyniki, przy 12-stu tysiącach Dariusza i podobnym wyniku Mariusza „MarqoBiker-a” (przy okazji serdecznie pozdrawiamy i niezmiernie podziwiamy za wytrwałość) są niczym, lecz, no cóż, nie można mieć wszystkiego. Kiedyś - niestety - trzeba pracować i zajmować się całym tym kramem związanym z codziennym funkcjonowaniem i pochłania to dość sporo czasu...
![]() |
| Roczne podsumowanie aktywności - bieg i jazda rowerem |
![]() |
| Roczne podsumowanie aktywności - jazda rowerem |
![]() |
| Roczne podsumowanie aktywności - bieg |
Ogólnie - jak pisałem przy okazji biegania - był to dla nas pierwszy cały, regularnie przebiegany rok. Od stycznia do grudnia. Bez większych przerw. W większości niezależnie od pogody i nastroju. Wiemy, wiemy, samemu chwalić się nie wypada, lecz z tego akurat jesteśmy dumni. Zaczęliśmy coś robić i - póki co - udało nam się wytrwać.
Zakończenie
Dotarliście aż do tego miejsca? Bardzo nam miło i cieszymy się, że poświęciliście chwilkę swojego czasu na przeczytanie tego tekstu. Minął kolejny rok. Przytrafiło się nam wiele rzeczy miłych i ciekawych. Zobaczyliśmy nowe miejsca. Doznaliśmy nowych wrażeń. Zdarzyły się także mniej przyjemne sytuacje. Na szczęście obyło się bez jakichś poważniejszych konsekwencji.
Przed nami - i Wami także - kolejny rok. Trochę może samolubnie i mało finezyjnie, lecz nie mamy jakichś wielkich wymagań. Chcielibyśmy, aby nie był on gorszy od poprzedniego. Stabilizacja i uporządkowanie także mają swoje dobre strony i nie zawsze ma się ochotę na przeżywanie rewolucyjnych zmian. Tak więc, niech ten kolejny rok nie będzie gorszy, niż poprzedni. Tylko tyle. To w zupełności nam wystarczy.
Przed nami - i Wami także - kolejny rok. Trochę może samolubnie i mało finezyjnie, lecz nie mamy jakichś wielkich wymagań. Chcielibyśmy, aby nie był on gorszy od poprzedniego. Stabilizacja i uporządkowanie także mają swoje dobre strony i nie zawsze ma się ochotę na przeżywanie rewolucyjnych zmian. Tak więc, niech ten kolejny rok nie będzie gorszy, niż poprzedni. Tylko tyle. To w zupełności nam wystarczy.
Sierpień to dla nas - poza standardowym bieganiem i jazdą na rowerze - głównie wakacyjny wyjazd na Bornholm.Z wyprawy na Bornholm staraliśmy się na bieżąco zamieszczać lepsze lub gorsze relacje z każdego dnia.
Po powrocie popełniłem nawet dość sążniste podsumowanie tej wyprawy. Z tym wszystkim oraz naszymi przygodami związanymi z powrotem do domu można zapoznać się pod kolejnymi odnośnikami:
- Bornholm - dzień pierwszy - przyjazd
- Bornholm - dzień drugi
- Bornholm - dzień trzeci
- Bornholm - dzień czwarty
- Bornholm - dzień piąty, czyli nie ma lekko
- Bornholm - dzień szósty
- Bornholm - dzień siódmy, czyli tylko śmierć jest pewna
- Rowerami po Bornholmie - podsumowanie wyjazdu
Postaram się jeszcze wrzucić posta z samymi zdjęciami z wyjazdu i chyba tym wreszcie zakończymy nadmiernie wyeksploatowany temat Bornholmu ;) Mamy nadzieję, że jakoś to zniesiecie ;)
Wyjazd na rowerową wyspę spowodował, że w sierpniu zdecydowanie wzrosła ilość kilometrów pokonanych przez nas na rowerach. Jak na nas - bo z kilometrażem np MarqoBiker-a nie mamy się na ten przykład co porównywać ;), ale pozdrawiamy serdecznie - są to już całkiem spore ilości.
Po kolei zatem. Cyferki za sierpień (rower i bieganie razem):
| Ogólne podsumowanie |
Mniej więcej na rowerze przejechaliśmy ok 550 km. Przebiegliśmy jakieś 135 km. Nie wszystkie aktywności były rejestrowane stąd mogą być jakieś nieścisłości.
Ogólnie sierpień był dość aktywnym dla nas miesiącem. Jedząc tyle, co zwykle w sierpniu straciłem jakieś 4 kg wagi. Ani specjalnie tego nie chciałem, ani mi na tym nie zależało. Nic to, odrobim trochę masy jesienią i zimą, bo - jak powiadają starożytni - "jest masa-jest klasa" ;).
Matylda zgubiła w sierpniu jakieś 2 kg tak jakoś, samoczynnie... i teraz narzeka, że wszystkie spodnie z niej spadają.
Jedliśmy raczej sporo i bez specjalnych ograniczeń :) Ot, małe przyjemności związane z uprawianiem sportu - można sobie czasem na coś pozwolić bez ryzyka. Inna sprawa, że staramy się jadać raczej zdrowo i racjonalnie.
Dalsze plany? Biegamy. Tym bardziej, że - jak pisałem - sprzedałem swój rower i do końca roku już raczej nowego rowerka nie kupię. Biegamy zatem i oby pogoda nam w tym za bardzo nie przeszkadzała. Coś tam może z tego biegania kiedyś będzie. Tak, tak, dobrze myślicie - będziemy Was tym zanudzać na blogu ;)
Matylda z sukcesem zakończyła (co prawda już 1 sierpnia, ale co tam) swój plan na przebiegnięcie 10 km w godzinę. Po niespełna roku biegania przeszła drogę od przebiegnięcia kilkuset metrów do biegu na 10 km zakończonego w godzinę.
Można? Można. Wymaga to trochę samozaparcia i przełamywania swojego niechciejstwa, ale regularna praca przynosi efekty. Poza tym przełamywanie swoich słabości, osiąganie coraz lepszych wyników, pokazanie sobie samemu, że mogę, że dałam radę - to wszystko daje wiele radości. Pomaga w pozytywnym myśleniu i radosnym podejściu do życia. Wpływa na lepszą samoocenę także w innych sferach życia. Nic, tylko się ruszać! Bo kto gnije - nie żyje ;)
Podbudowana wyczynem, którego dokonała, powzięła Matylda kolejny plan na 10km - tym razem w 50 minut. Czy się uda czas pokaże. Myślę jednak, że uczciwie i solidnie przykładając się do realizacji planu jest w stanie taki wynik osiągnąć.
Ja nadal męczę plan na półmaraton w dwie godziny. Niewiele pozostało już do końca. Zobaczę, co z tego wszystkiego wyniknie. Jakoś w miarę upływu czasu mam coraz więcej wątpliwości, czy aby nie są to "za wysokie progi na moje nogi". No nic, zacząłem to i skończę.
Lipiec był miesiącem, w którym robiliśmy dłuższe - całodniowe - wycieczki rowerowe. Wycieczki były najczęściej z zamiarem dojechania do jakiegoś konkretnego miejsca, zwiedzenia miejscowych atrakcji oraz powrotu do domu.
Ogółem w lipcu przejechaliśmy na rowerze ok 270 km, co zajęło nam jakieś 14 godzin. Dla zainteresowanych - opisy naszych wyjazdów znajdują się przeważnie w dziennikach aktywności fizycznej z poszczególnych tygodni.
Lipcowe bieganie. Jak napisałem na początku: każdy robił swoje. Tutaj będzie trochę gorzej ze statystyką, ponieważ rejestrujemy bieganie w różnych programach, ale chociaż tak skrótowo:
- - w lipcu przebiegłem 184 km w czasie 18 godzin i 50 minut, średnie tempo to 6:11min/km
- - Matylda w lipcu przebiegła około 105 km, biegała 15 razy, czyli w zasadzie co drugi dzień, niestety nie mam statystyk miesięcznych dotyczących prędkości i czasu, a liczenie ręczne jakoś mi się nie uśmiecha ;)
Dalsze cele - jeśli można je tak określić - sportowe? Matylda chce zrobić 10km w około 50 minut. Plan ambitny, ale myślę, że wykonalny. Ja kończę zmagania z półmaratonem w dwie godziny. Pewnie w sierpniu zrobię jakiś bieg kontrolny i dowiem się, czy jestem w stanie przebiec taki dystans w założonym czasie. Będziemy jakoś działać. Póki co, sezon ogórkowy w pełni. Życie jakby trochę zwolniło tempa i bardzo dobrze, niech tak będzie jak najdłużej.
![]() |
| Ulubiona aktywność fizyczna Merlina... |
Bo to przecież nie jest tak, że nam się zawsze chce. Że zawsze z uśmiechem na twarzach wychodzimy pobiegać, czy pojeździć na rowerze. Przeważnie tak. Ale nie zawsze.
Wierzcie, że wiele razy wcale, a wcale nie chce się ubierać butów i klepać kilometrów. Zawsze jednak po zaliczonym biegu, czy udanej wycieczce rowerowej jesteśmy zmęczeni, lecz zadowoleni z tego, że znowu się nam udało, że zobaczyliśmy jakieś nowe miejsca, że o jakiś mały kawałek przesunęliśmy granicę naszych możliwości fizycznych.
Aktywność fizyczna naprawdę "daje kopa"! I chociaż zmęczenie fizyczne jest duże, to radość, odprężenie psychiczne, "lekka głowa" i świeżość myśli, z nawiązką wynagradzają fizyczne niedogodności. Kto nie spróbuje, ten się nie dowie!
Czas jednak skończyć te filozoficzne dumania i przejść do konkretów. W tym miesiącu oboje powzięliśmy decyzje o realizacji planów biegowych. Matylda - plan na przebiegnięcie 10 km w czasie ok jednej godziny, ja przebiegnięcie dystansu półmaratonu w około dwie godziny. Biegamy zgodnie z wskazaniami planów. Zobaczymy co z tego wszystkiego wyjdzie. Każde z nas na miarę swoich możliwości stara się realizować założenia swojego planu. Nie zawsze wszystko udaje się w 100%, ale nikt nie jest maszyną.
W maju zmieniłem także program używany do pomiaru km, czasu, tętna itd. Zrezygnowałem ze sports-trackera na rzecz Runtastica połączonego z pulsometrem. Jak pisałem w którymś poście, Runtastic ma swoje plusy i minusy. Postaram się sklecić jakiś opis tego programu i przekazać trochę wrażeń z jego użytkowania. Jak na razie ogólnie jestem zadowolony. Bardzo dobrym pomysłem jest możliwość zaplanowania treningu interwałowego oraz trener głosowy - dzięki niemu nie ma w ogóle potrzeby zerkania na ekran telefonu podczas biegu - wystarczy słuchawka w uchu.Nie ukrywam, że najlepszym rozwiązaniem byłby zegarek z gps-em i pulsometrem, lecz ceny sensownego sprzętu tego rodzaju są dość wysokie. Może, gdy będziemy biegać dłużej, zastanowimy się nad zakupem takich akcesoriów.
Na zakończenie cyferki:
| Statystyki czerwiec 2014 |
Z podziałem na bieganie i rower:
- - 15 razy biegaliśmy, przebiegliśmy 164 km w czasie 16 godz i 40 min ze średnim tempem 6,05min/km,
- - 3 razy jeździliśmy na rowerach, przejechaliśmy 260 km w czasie 15 godz i 7 min ze średnią prędkością 17,16km/h
Cały czas trochę mało tego roweru. Ale jakoś w tym roku pogoda nie zachęca do wycieczek rowerowych, a gdy już wreszcie w którąś niedzielę zrobi się ładnie, to akurat wtedy nam nie pasuje, a w zasadzie to tylko w niedziele możemy wybrać się na jakieś dłuższe wyprawy rowerowe. W tygodniu praca, bieganie i siłownia. Nijak nie da rady. Trudno, nie można mieć wszystkiego. Mam nadzieję, że jeszcze kilka wyjazdów uda nam się w tym sezonie uskutecznić.
To tyle, jeżeli chodzi o czerwiec. Przed nami letni - miejmy nadzieję - lipiec i sierpień. Jedziemy dalej!
Za nami kolejny aktywny miesiąc. W maju pogoda specjalnie nie dopisywała i dlatego wypadło nieco aktywności związanej z rowerem. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Może w czerwcu uda nam się te braki nadrobić, tym bardziej, że rower, a raczej kondycja umożliwiająca poruszanie się na nim, będzie dla nas dość ważna w okresie wakacyjnym, ale o tym na razie sza!
Trochę w tym maju się działo. Matylda wykoncypowała sobie nowy plan/sposób na bieganie - stopniowe zwiększanie czasu i długości biegu prowadzonego w tempie konwersacyjnym. Bez żadnych przyspieszeń, bez marszu. Po prostu jednostajny bieg w tempie ok 7min/km. Ja tam nie wiem, co z tego będzie. Jak już pisałem, jakoś nie do końca mi się ten pomysł podoba, ale kto wie, może to, co dobre dla mnie, nie jest dobre dla Matyldy i odwrotnie. Zobaczymy z czasem.
Ja staram się trzymać założeń: szybkie przebieżki, podbiegi i długie wybiegania. Trzy do czterech biegów w tygodniu. Ostatnimi czasy znacząco udało mi się zwiększyć dystans biegu ciągłego i powoli mam nadzieję dobić do odległości półmaratonu w czasie powiedzmy ok dwóch godzin. No, po tym oczywiście z 60 km na rowerze, koniecznie pod wiatr, żeby chociaż trochę się zmęczyć... Wszystkich, którzy nie wiedzą, o czym ja tutaj bredzę, zapraszam do przeczytania Dziennika Aktywności Fizycznej 26 maja - 1 czerwca 2014.
W którymś z dzienników wspomniałem już, że nasze drogi biegowe trochę się rozchodzą. Wychodzimy ćwiczyć razem, część trasy robimy wspólnie, później jednak najczęściej rozdzielamy się i każdy realizuje swoje założenia. Rodzi to pewne problemy, jeżeli chodzi o pomiary tego biegania. Mimo, że raczej nie jesteśmy gadżeciarzami, to jednak lubimy sobie czasem te cyferki porównać, czy podsumować na zakończenie roku. Ma to jakieś działanie motywacyjne, można przy okazji powspominać - zwłaszcza że sports-tracker zapisuje zdjęcia robione na trasie razem z treningiem, miejscem i czasem zrobienia fotki. Urządzenie pomiarowe mamy póki co tylko jedno. Matylda coś tam przebąkuje o pulsometrze, ale sam pulsometr nie zmierzy tempa, prędkości czy długości trasy..., a porządne zegarki to już wydatek kilku stówek (najtańszy to chyba Garmin Forerunner 110 wersja z miernikiem tętna oraz GPS-em), a kilka stówek, to zawsze kilka stówek ;( Tak źle i tak niedobrze... Nieważne.
To, jeżeli chodzi o bieganie. Na rowerkach jeździmy razem, podziwiamy krajobrazy, cieszymy się wolnością i możliwością obcowania z przyrodą oraz klniemy - przynajmniej ja - na przeciwne wiatry ;)
Na zakończenie trochę cyferek. W maju zrealizowaliśmy (czasem biegałem sam, ale nie będę już tego rozbijał, bo i po co):
Trochę w tym maju się działo. Matylda wykoncypowała sobie nowy plan/sposób na bieganie - stopniowe zwiększanie czasu i długości biegu prowadzonego w tempie konwersacyjnym. Bez żadnych przyspieszeń, bez marszu. Po prostu jednostajny bieg w tempie ok 7min/km. Ja tam nie wiem, co z tego będzie. Jak już pisałem, jakoś nie do końca mi się ten pomysł podoba, ale kto wie, może to, co dobre dla mnie, nie jest dobre dla Matyldy i odwrotnie. Zobaczymy z czasem.
Ja staram się trzymać założeń: szybkie przebieżki, podbiegi i długie wybiegania. Trzy do czterech biegów w tygodniu. Ostatnimi czasy znacząco udało mi się zwiększyć dystans biegu ciągłego i powoli mam nadzieję dobić do odległości półmaratonu w czasie powiedzmy ok dwóch godzin. No, po tym oczywiście z 60 km na rowerze, koniecznie pod wiatr, żeby chociaż trochę się zmęczyć... Wszystkich, którzy nie wiedzą, o czym ja tutaj bredzę, zapraszam do przeczytania Dziennika Aktywności Fizycznej 26 maja - 1 czerwca 2014.
W którymś z dzienników wspomniałem już, że nasze drogi biegowe trochę się rozchodzą. Wychodzimy ćwiczyć razem, część trasy robimy wspólnie, później jednak najczęściej rozdzielamy się i każdy realizuje swoje założenia. Rodzi to pewne problemy, jeżeli chodzi o pomiary tego biegania. Mimo, że raczej nie jesteśmy gadżeciarzami, to jednak lubimy sobie czasem te cyferki porównać, czy podsumować na zakończenie roku. Ma to jakieś działanie motywacyjne, można przy okazji powspominać - zwłaszcza że sports-tracker zapisuje zdjęcia robione na trasie razem z treningiem, miejscem i czasem zrobienia fotki. Urządzenie pomiarowe mamy póki co tylko jedno. Matylda coś tam przebąkuje o pulsometrze, ale sam pulsometr nie zmierzy tempa, prędkości czy długości trasy..., a porządne zegarki to już wydatek kilku stówek (najtańszy to chyba Garmin Forerunner 110 wersja z miernikiem tętna oraz GPS-em), a kilka stówek, to zawsze kilka stówek ;( Tak źle i tak niedobrze... Nieważne.
To, jeżeli chodzi o bieganie. Na rowerkach jeździmy razem, podziwiamy krajobrazy, cieszymy się wolnością i możliwością obcowania z przyrodą oraz klniemy - przynajmniej ja - na przeciwne wiatry ;)
Na zakończenie trochę cyferek. W maju zrealizowaliśmy (czasem biegałem sam, ale nie będę już tego rozbijał, bo i po co):
- 21 jednostek treningowych, w tym 17 biegowych i 4 rowerowych,
- pokonaliśmy ogólnie 296 km, z tego 145 km przebiegliśmy, a 152 przejechaliśmy na rowerze,
- średniej prędkości w maju nie podam, ponieważ program wyświetla jakieś bzdury (chyba coś się źle zsynchronizowało, albo jakiś inny babol - nie będę już dociekał),
- średnia prędkość jazdy w maju wyniosła 17,98 km/h, a średnie tempo 3,20 min/km,
- ogółem orientacyjnie - do tej cyferki nie przywiązujemy akurat prawie żadnej wagi, gdyż jej wiarygodność jest raczej niewielka - spaliliśmy 14742 kcal.
- 23 treningi, w tym 16 biegowych i 7 rowerowych,
- które zajęły nam razem 24,47 godziny: odpowiednio 14,34 godziny bieganie, 10,13 godziny jazda na rowerze,
- pokonaliśmy ogólnie 295,67 km, z tego 127 km przebiegliśmy, a 168 przejechaliśmy na rowerze,
- średnia prędkość biegu w kwietniu wyniosła 8,74 km/h, a średnie tempo 6,51 min/km,
- średnia prędkość jazdy w kwietniu wyniosła 16,46 km/h, a średnie tempo 3,38 min/km,
- ogółem orientacyjnie - do tej cyferki nie przywiązujemy akurat prawie żadnej wagi, gdyż jej wiarygodność jest raczej niewielka - spaliliśmy 15837 kcal.
W kwietniu zrobiłem swój pierwszy sprawdzian na 10 km, z czasem 55 minut. Rewelacji nie ma, ale z czasem mam zamiar zejść do ok 50 min, a jak się uda, to może jeszcze troszkę niżej. Daję sobie na to około roku. Jeżeli przez rok bieganie mi się nie znudzi, to mam nadzieję na 45-50 min w maju przyszłego roku.
Matylda bardzo chciałaby zrobić swoją pierwszą 10 w ok godzinę. Na razie 5 km przebiega w ciągu 30 minut. Mamy też pierwsze nieśmiałe plany zapisania się na jakiś lokalny przyszłoroczny bieg na 10 km, a może nawet półmaraton, chociaż to chyba byłoby zbyt wiele. Pożyjemy, zobaczymy. Dużo pracy przed nami.
Mamy nadzieję, że chęci, zdrowie i pogoda będą nam w maju dopisywać i dalej będziemy walczyć o coraz to lepsze wyniki, a przy okazji dobrze się bawić!
Na początku nowego miesiąca podzielimy się wynikami, jakie udało nam się osiągnąć w marcu.
Nie wiem jeszcze, być może takie podsumowania będę wrzucał każdego miesiąca. Jeśli chęci i zapału wystarczy...
Ogółem zrealizowaliśmy:
Jako widać, osiągane przez nas wyniki, nie są jakoś specjalnie godne podziwu. Mimo wszystko jesteśmy dumni, że w ogóle udało nam się tyle razy zebrać i ruszyć na trasę. Mamy nadzieję, że lepsze wyniki przyjdą z czasem, chociaż nie do końca o wyniki nam chodzi. Bardziej o prowadzenie w miarę zdrowego i aktywnego trybu życia. O to, żeby się nie "zapuścić" i nie zdziadzieć przed czasem. Do emerytury droga wszak daleka, jakoś trzeba funkcjonować... ;)
Nie zawsze chciało się ruszać na trasę, czasem pogoda przeszkodziła w bieganiu, ale potraktowaliśmy to jako bonusowy dzień regeneracyjny (a co, też się należy). Nie zawsze trening był udany. Niekiedy była to fizyczna i psychiczna katorga. Takie "słoniowe" tupanie po betonie i walka o to, żeby w ogóle biec.
Psychicznie: czasem w głowie rodzi się pytanie: - Po co ty się człowieku męczysz? Nie możesz przestać truchtać? Zobacz jak wspaniale byłoby iść sobie spacerkiem. Ooo, tak jak te panie z kijkami... W tym momencie motywacja "leży i kwiczy", nogi robią się ciężkie, płuca przestają oddychać i... i trzeba zacząć szybko myśleć o czymś innym, bo faktycznie można zrezygnować :)
Jakoś jednak przez ten miesiąc przebiegliśmy. Raz lepiej, raz gorzej, ale zawsze do przodu! I to na tyle, jeżeli chodzi o podsumowanie marca. Rozpoczął się kwiecień, ruszamy dalej!
Nie wiem jeszcze, być może takie podsumowania będę wrzucał każdego miesiąca. Jeśli chęci i zapału wystarczy...
Ogółem zrealizowaliśmy:
- 17 treningów, w tym 14 biegowych i 3 rowerowe,
- które zajęły nam razem 17,5 godziny: odpowiednio 12,7 godziny bieganie, 4,8 godziny jazda na rowerze,
- pokonaliśmy ogólnie 190,36 km, z tego 100,52 km przebiegliśmy, a 89,85 przejechaliśmy na rowerze,
- średnia prędkość biegu w marcu wyniosła 7,92 km/h, a średnie tempo 7,34 min/km
- średnia prędkość jazdy w marcu wyniosła 18,72 km/h, a średnie tempo 3,12 min/km
- ogółem orientacyjnie - do tej cyferki nie przywiązujemy akurat prawie żadnej wagi, gdyż jej wiarygodność jest raczej niewielka - spaliliśmy 10616 kcal
Jako widać, osiągane przez nas wyniki, nie są jakoś specjalnie godne podziwu. Mimo wszystko jesteśmy dumni, że w ogóle udało nam się tyle razy zebrać i ruszyć na trasę. Mamy nadzieję, że lepsze wyniki przyjdą z czasem, chociaż nie do końca o wyniki nam chodzi. Bardziej o prowadzenie w miarę zdrowego i aktywnego trybu życia. O to, żeby się nie "zapuścić" i nie zdziadzieć przed czasem. Do emerytury droga wszak daleka, jakoś trzeba funkcjonować... ;)
Nie zawsze chciało się ruszać na trasę, czasem pogoda przeszkodziła w bieganiu, ale potraktowaliśmy to jako bonusowy dzień regeneracyjny (a co, też się należy). Nie zawsze trening był udany. Niekiedy była to fizyczna i psychiczna katorga. Takie "słoniowe" tupanie po betonie i walka o to, żeby w ogóle biec.
Psychicznie: czasem w głowie rodzi się pytanie: - Po co ty się człowieku męczysz? Nie możesz przestać truchtać? Zobacz jak wspaniale byłoby iść sobie spacerkiem. Ooo, tak jak te panie z kijkami... W tym momencie motywacja "leży i kwiczy", nogi robią się ciężkie, płuca przestają oddychać i... i trzeba zacząć szybko myśleć o czymś innym, bo faktycznie można zrezygnować :)
Jakoś jednak przez ten miesiąc przebiegliśmy. Raz lepiej, raz gorzej, ale zawsze do przodu! I to na tyle, jeżeli chodzi o podsumowanie marca. Rozpoczął się kwiecień, ruszamy dalej!

















