Od moje ostatniego wpisu z rzeczami godnymi polecenia minęło już kilka miesięcy, a w międzyczasie zakupiłam kilka przedmiotów, o których chciałabym Wam napisać parę słów. Tym razem jest to kilka drobiazgów do domu. Nadal kiedy tylko to możliwe praktykuję patriotyzm gospodarczy i staram się kupować jak najwięcej rzeczy rodzimej produkcji. Swoją drogą to niesamowite ile powstaje polskich firm robiących piękne i dobre jakościowo rzeczy - meble, poduchy, plakaty, pledy. Oryginalny design, naturalne materiały i świetna jakość sprawia, że zakupy robi się z przyjemnością i poczuciem, że kupujemy rzeczy, które będą nam służyć kilka dobrych lat.
Las we mgle
Pierwszą z nowości jest plakat "Las we mgle" zakupiony w sklepie internetowym Made for Home. Ilość naprawdę świetnych plakatów dostępnych w sklepach internetowych przyprawia o zawrót głowy, myślę, że każdy jest w stanie znaleźć coś ciekawego dla siebie i niewielkim kosztem wprowadzić efektowne zmiany w pomieszczeniu. Ja tym razem postawiłam na motyw natury, korony drzew skąpane we mgle, przypominają mi miłe chwile spędzone na leśnych ścieżkach.![]() |
| Las we mgle |
Wełniany pled
Wełniany pled również kupiony przez internet w moyha.com Niestety w tym roku wiosna kazała nam bardzo długo na siebie czekać nie szczędząc nam szarych i deszczowych dni, aby umilić sobie przedłużające oczekiwanie na ciepłe dni zakupiłam ten przyjemny pled. Produkty polskiej firmy Mocha wypatrzyłam na Instagramie i bardzo mi się spodobały - poduszki i pledy i narzuty w oszczędnej palecie barw, wykonane z naturalnych tkanin w minimalistycznym stylu. Korzystając z wyprzedaży zaopatrzyłam się w ten śliczny szary wełniany model w warkocze i nie żałuję zakupu - bardzo ładnie się prezentuje, jest miękki i wykonany z przyjemniej w dotyku, niegryzącej wełny. Nasz kocur też bardzo go lubi i natychmiast wskakuje na kolana, gdy tylko zauważy, że się nim okryłam.![]() |
| Wełniany pled moyha |
Poduszka supełkowa
Supełkowa poduszka ze sklepu Woodnwool - kolejna polska firma i kolejny satysfakcjonujący zakup. Solidne wykonanie, ręczna robota, poduszka przyjemna w użytkowaniu i efektownie prezentuje się na kanapie, szczególnie, że jest jedyną ozdobą naszej kanapy, jako że nie lubię nadmiaru tekstyliów. Wolę mieć jedną porządną rzecz, niż dziesiątki kiepskiej jakości poduszeczek z Pepco.![]() |
| Poduszka supełkowa |
![]() |
| Poduszka supełkowa |
Ręczny młynek do kawy
Po zakupie kawiarki, o której pisałam tutaj przyszedł czas na kolejny stopień zaawansowania w parzeniu kawy idealnej i tak oto w naszej kuchni zagościł ręczny młynek do kawy. Po przeczytaniu wielu opinii w internecie wybór padł na japoński młynek ceramiczny Hario MM2 i jest to jedyny zagraniczny produkt w tym zestawieniu. Rzeczywiście trzeba przyznać, że kawa, ze świeżo zmielonych ziaren smakuje wyśmienicie. Kawa mielona w młynku żarnowym i zaparzana w kawiarce to taki nasz weekendowy rytuał - właściwie tylko wtedy mamy czas na niespieszne przygotowanie kawy i delektowanie się aromatycznym espresso. W dni powszednie parzymy kawę w zwykłym French pressie z kawy mielonej, bo nienie dysponujemy niestety taką ilością czasu aby celebrować parzenie kawy w rytmie slow. Młynek jest wykonany solidnie z wysokiej jakości materiałów, podoba mi się też jego wygląd w stylu retro. Przypomina mi czasy dzieciństwa i wakacje spędzane u dziadków, u których w kuchni stał bardzo podobny drewniany egzemplarz.![]() |
| Ręczny młynek do kawy |
Lniany worek na chleb
Kolejny krok na drodze do bardziej ekologicznego stylu życia i ograniczania ilości śmieci, w szczególności torebek foliowych. Teraz do ulubionej piekarni wędruję z własnym gustownym woreczkiem na chleb. Trzeba tylko wykazać nie lada refleksem, aby powstrzymać panią ekspedientkę przed błyskawicznym zapakowaniem bochenka ulubionego razowca w torebkę foliową. Chleb przechowywany w lnianym woreczku zdecydowanie dłużej zachowuje swieżość. Oprócz worka kupiłam również lniane ręczniki kuchenne, a ponieważ realizacja zamówienia nieco się przedłużyła, w ramach małej rekompensaty otrzymałam również urocze lniane woreczki z lawendą. Uwielbiam len, cieszę się, że obecnie przeżywa on swój renesans, a w przyszłości chciałabym kupić komplet lnianej pościeli.Różnego rodzaju lniane worki i inne akcesoria znajdziecie w sklepie internetowym aleworek.pl
![]() |
| Lniany woreczek na chleb |
![]() |
| Lniany woreczek na chleb |
Obecnie testuję kilka nowych naturalnych kosmetyków i wkrótce podzielę się z Wami moimi spostrzeżeniami na ich temat w poście z cyklu Minimalizm w kosmetyczce.
Tanie mięso psy jedzą - tak mówi znane porzekadło, z tym, że obecnie tanie mięso z przemysłowych hodowli je większość z nas, niejednokrotnie nawet nie zdając sobie sprawy z tego, w jakich warunkach ten smaczny kotlecik został uzyskany. Farmagedon. Rzeczywisty koszt taniego mięsa to książka, którą warto przeczytać, aby zyskać większą świadomość tego, ile tak naprawdę kosztuje to nasze tanie i zdrowe mięso.
Joanna Glogaza - "Slow life - zwolnij i zacznij żyć" - kolejna książka autorki bloga The Style Digger i moja o tej książce opinia - zapraszam do czytania!

Ostatni mój wpis w serii „Minimalizm w kosmetyczce” ukazał się ponad cztery miesiące temu. Spowodowane było to tym, że zakupy kosmetyczne robiłam niezmiernie rzadko, a trzon mojej pielęgnacji stanowiły kosmetyki, które sprawdziłam i polubiłam, nie stanowiące żadnej nowości, takie o których w większości pisałam już na blogu. Czekałam więc aż zbierze się pula kosmetyków, których jeszcze nie recenzowałam i oto one:
Minimalizm dla zaawansowanych Anny Mularczyk-Meyer, czyli co jeszcze da się napisać na temat minimalizmu? I czy można - jak mówi podtytuł - uczynić życie jeszcze prostszym? Druga książka autorki dotycząca minimalistycznego stylu życia. Warto ją czytać, czy jest to może tylko "skok na kasę"? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w recenzji - zapraszam.
![]() |
| Anna Mularczyk-Meyer - Minimalizm dla zaawansowanych |
Moje przemyślenia po kilku latach flirtowania z minimalizmem. Co mi to dało? Czy coś się zmieniło? Czy warto być minimalistą, a jeżeli tak, to dlaczego?
Ucieszyła mnie wiadomość, iż w grudniu ukaże się kolejna książka Anny Mularczyk - Meyer, znanej internetowym czytelnikom jako Ajka. Byłam pod wrażeniem jej pierwszej książki pod tytułem „Minimalizm po polsku”, w której znalazłam wiele ciekawych przemyśleń uzupełniających blogowe wpisy, którymi delektuję się od lat. Kolejna książka Ajki „Minimalizm dla zaawansowanych” ukaże się w połowie grudnia i już zacieram ręce z myślą o wartościowej lekturze. Wiadomość o rychłej premierze, oprócz radosnego oczekiwania, skłoniła mnie do refleksji na temat mojego wieloletniego już flirtu z minimalizmem, wpływu jaki wywarł on na moje życie oraz zmianach do jakich mnie zainspirował.
![]() |
| Sztuka prostoty |
Nadszedł czas, aby przedstawić kolejne podsumowanie moich kosmetycznych zakupów. Ostatni wpis z tej serii pojawił się na blogu jeszcze przed wakacjami, więc już najwyższa pora na kolejny.
Powodem dla którego nie udzielałam się ostatnio na blogu w kosmetycznej materii było to, że zawartość mojej kosmetyczki i łazienkowych szuflad cały czas się kurczy, co mnie oczywiście ogromnie cieszy. Udało mi się znaleźć kosmetyki, które świetnie mi służą, mają dobre składy i nie stanowią zbyt dużego obciążenia dla mojego portfela. Co niemniej ważne, są to w dużej mierze kosmetyki polskich firm które, w moim subiektywnym odczuciu nie odbiegają, a często nawet przewyższają jakością te, które oferują nam zachodnie korporacje.
![]() |
| Minimalizm w kosmetyczce - reaktywacja |
Powodem dla którego nie udzielałam się ostatnio na blogu w kosmetycznej materii było to, że zawartość mojej kosmetyczki i łazienkowych szuflad cały czas się kurczy, co mnie oczywiście ogromnie cieszy. Udało mi się znaleźć kosmetyki, które świetnie mi służą, mają dobre składy i nie stanowią zbyt dużego obciążenia dla mojego portfela. Co niemniej ważne, są to w dużej mierze kosmetyki polskich firm które, w moim subiektywnym odczuciu nie odbiegają, a często nawet przewyższają jakością te, które oferują nam zachodnie korporacje.
Pewnie, że nie mam i nawet nie staram się (nie) mieć. Ba, nie staram się nawet liczyć rzeczy, które posiadam. Nie żebym miał ich nie wiadomo jaką ilość. Po prostu nigdy o tym nie pomyślałem. Bo i po co niby miałbym to robić? Jaki jest sens w liczeniu posiadanych par skarpet?
Wiem, że wyzwanie 100 rzeczy zapoczątkowane przez "szefa" minimalistów Leo Babautę, to idea trochę już może przebrzmiała i przez większość minimalistów znana. Dlaczego zatem o tym piszę? Dlatego, że - krótko mówiąc - minimalizm to, moim zdaniem, nie licytacja na ilość posiadanych rzeczy, czy wysokość miesięcznych wydatków. To nie poszukiwanie nowych "super" wyzwań i pomysłów. To nie pogoń za nowymi, cudownymi sposobami na odgruzowanie życia. Owszem, to wszystko też, ale nie tylko i nie do końca to. Bo doprowadzając takie "wyzwanie" do ekstremum do czego dojdziemy? Babauta doszedł chyba do czterdziestu kilku przedmiotów z jakimiś tam zastrzeżeniami. Ale byli już przecież lepsi od niego. Taki choćby Diogenes z Synopy, albo obaj Szymonowie Słupnicy (Starszy i Młodszy). Do żadnego z tych - poniekąd minimalistów - Babauta nawet równać się nie może. Ale czy chodzi nam o to aby mieszkać w beczkach?
Wiem, że upraszczam i poniekąd prowokuję. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że kontrola nad stanem posiadania jest rzeczą dobrą, ale nie może być ona celem samym w sobie, a czytając niektórych "minimalistów" odnoszę czasem wrażenie, że tak się właśnie dzieje: -Policzmy ile mamy koszulek, spodni i butów. Wyrzućmy lub oddajmy większość z nich i wtedy będziemy minimalistami pełną gębą. Guzik. Nic z tego. Wtedy będziemy co najwyżej zafascynowanymi kolejną ideą nieodłącznymi dziećmi swojej epoki. Wiecznie szukającymi czegoś nowego pożeraczami kolejnych pomysłów na życie, które w ten, czy inny sposób chcemy do siebie dopasować.
Wydaje mi się, że minimalizm to stan bardziej wnętrza, niż posiadania. Pewnie, że nadmierne rozpasanie i konsumpcjonizm zdają się nie pomagać w zachowaniu wewnętrznego minimalizmu i ładu. Z drugiej jednak strony licytowanie się na to, ile kto posiada par majtek, wydaje mi się być konsumpcjonizmem à rebours. Właśnie tak: konsumpcjonizm na wspak! Bo tak jak jedni robią wszystko, aby mieć więcej, tak drudzy - dla odmiany - zrobią wiele, aby mieć jak najmniej.
I co to niby ma wspólnego z minimalizmem? Toć to przecież kolejna pogoń za czymś. Tym razem za tym, żeby nie mieć. Cel może i bardziej szlachetny, niźli ciągłe "grabienie pod siebie", ale nadal uczestniczymy w jakimś wyścigu.
O wiele lepszym rozwiązaniem wydaje się być zupełna rezygnacja z udziału w którymkolwiek z tych biegów. Może - powiem zaczepnie nieco - dobrze byłoby pooglądać wszystkie te harce z trybuny? Zostać świadomym obserwatorem tych przedziwnych akrobacji? Na trzeźwo i świadomie przyjrzeć się, jak jedni, biegnąc w prawo zrzucają z siebie wszystko, co tylko można, nago niemal pędząc ku czemuś, co w ich mniemaniu, gdzieś tam na końcu drogi istnieje. Drudzy - dla odmiany - uginając się pod stertą dźwiganych na plecach przedmiotów, w lewo suną z mozołem, drżącymi rękami chwytając po drodze wszystko, co ci pierwsi porzucili... Czasem ktoś z gołych chyłkiem przemyka do szeregu objuczonych, chwytając niepostrzeżenie coś, czego kilkaset metrów wcześniej z taką radością się pozbył. Czasem któryś z obładowanych rzuca wszystko na środku i lekkim krokiem dołącza do szeregu golasów... I tak bez przerwy, z jednej strony na drugą, z prawa na lewo, dwa kroki w przód i trzy do tyłu. Interesujące zjawisko!
A co jeśli wystarczy w sobie zaprowadzić ład i harmonię i wtedy w ogóle już nie trzeba będzie zawracać sobie głowy tym, co i w jakich ilościach posiadamy, bo wszystkiego będzie nam w sam raz i ten temat w ogóle nie będzie dla nas istniał?
Co, jeśli wystarczy żyć świadomie, działać roztropnie, widzieć świat jaki jest a nie jaki chcielibyśmy, aby był, nie generalizować i nie oceniać pochopnie, nie rzucać się łakomie na nowe idee, a wtedy cała reszta też się dopasuje i potrzeba uczestnictwa w jakimkolwiek wyścigu ogóle nie zaistnieje?
Właśnie taki mam pomysł: aby temat uczestniczenia w jakimkolwiek wyścigu w ogóle się nie pojawiał z powodu braku racji bytu. Kusząca propozycja, nieprawdaż?
Czy posiadanie w miarę jak najmniejszej ilości rzeczy materialnych jest warunkiem koniecznym do utrzymania minimalizmu i porządku w głowie? Myślę, że niekoniecznie. Bo czyż zafiksowanie się na idei ograniczania (mówię tu o ograniczaniu materialnym, w sensie posiadania rzeczy materialnych) nie jest tylko zmianą jednego bałaganu umysłowego na inny? Zastanawiam się, czy nie jest to transakcja w stylu "zamienił stryjek siekierkę na kijek"? Czy - kiedy opadnie już fala pierwszego zauroczenia i brak pewnych rzeczy, lub narzucone w zapale neofity ograniczenia, zaczną nam doskwierać - stopniowo nie wrócimy do starych nawyków, ponieważ tak naprawdę niczego nie zmieniliśmy w sobie tym naszym zewnętrznym minimalizmem?
Chodzi mi mniej więcej o to, że są to jakby dwie różne płaszczyzny, a ja czasem odnoszę wrażenie, że niektórzy minimaliści działają tylko na jednej z nich - na tej fizycznej, zewnętrznej, materialnej. Że nie zmieniają tej drugiej, znacznie ważniejszej płaszczyzny, nazwijmy ją dla potrzeb tego tekstu "płaszczyzną wewnętrzną". Tymczasem takie jednopłaszczyznowe działanie to działanie na krótką metę. Bo jak długo, bez uporządkowania wnętrza, będziemy się dzielnie samoograniczali na zewnątrz? Prędzej, czy później stwierdzimy, że to głupota jakaś, a nowy telefon należy się nam jak - nie przymierzając - psu buda!
I tyle na temat minimalizmu. Był i się zmył. Zminimalizował się, że tak powiem. Żeby pobawić się słowem: udział minimalizmu w moim życiu stał się zdecydowanie minimalistyczny. Teraz poszukam jakiejś nowej idei, kolejnego wyścigu w którym będę mógł wziąć udział z nadzieją na to, że tym razem to na pewno będzie to! Że teraz to już całe moje życie się zmieni i wreszcie będę szczęśliwy i osiągnę stan zen! Powodzenia zatem i... do następnego razu, bo pewnie jeszcze wiele razy miniemy się, biegnąc w prawo lub lewo w poszukiwaniu siebie.
![]() |
| Diogenes z Synopy - minimalista pełną gębą? |
Wiem, że wyzwanie 100 rzeczy zapoczątkowane przez "szefa" minimalistów Leo Babautę, to idea trochę już może przebrzmiała i przez większość minimalistów znana. Dlaczego zatem o tym piszę? Dlatego, że - krótko mówiąc - minimalizm to, moim zdaniem, nie licytacja na ilość posiadanych rzeczy, czy wysokość miesięcznych wydatków. To nie poszukiwanie nowych "super" wyzwań i pomysłów. To nie pogoń za nowymi, cudownymi sposobami na odgruzowanie życia. Owszem, to wszystko też, ale nie tylko i nie do końca to. Bo doprowadzając takie "wyzwanie" do ekstremum do czego dojdziemy? Babauta doszedł chyba do czterdziestu kilku przedmiotów z jakimiś tam zastrzeżeniami. Ale byli już przecież lepsi od niego. Taki choćby Diogenes z Synopy, albo obaj Szymonowie Słupnicy (Starszy i Młodszy). Do żadnego z tych - poniekąd minimalistów - Babauta nawet równać się nie może. Ale czy chodzi nam o to aby mieszkać w beczkach?
Wiem, że upraszczam i poniekąd prowokuję. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że kontrola nad stanem posiadania jest rzeczą dobrą, ale nie może być ona celem samym w sobie, a czytając niektórych "minimalistów" odnoszę czasem wrażenie, że tak się właśnie dzieje: -Policzmy ile mamy koszulek, spodni i butów. Wyrzućmy lub oddajmy większość z nich i wtedy będziemy minimalistami pełną gębą. Guzik. Nic z tego. Wtedy będziemy co najwyżej zafascynowanymi kolejną ideą nieodłącznymi dziećmi swojej epoki. Wiecznie szukającymi czegoś nowego pożeraczami kolejnych pomysłów na życie, które w ten, czy inny sposób chcemy do siebie dopasować.
Wydaje mi się, że minimalizm to stan bardziej wnętrza, niż posiadania. Pewnie, że nadmierne rozpasanie i konsumpcjonizm zdają się nie pomagać w zachowaniu wewnętrznego minimalizmu i ładu. Z drugiej jednak strony licytowanie się na to, ile kto posiada par majtek, wydaje mi się być konsumpcjonizmem à rebours. Właśnie tak: konsumpcjonizm na wspak! Bo tak jak jedni robią wszystko, aby mieć więcej, tak drudzy - dla odmiany - zrobią wiele, aby mieć jak najmniej.
I co to niby ma wspólnego z minimalizmem? Toć to przecież kolejna pogoń za czymś. Tym razem za tym, żeby nie mieć. Cel może i bardziej szlachetny, niźli ciągłe "grabienie pod siebie", ale nadal uczestniczymy w jakimś wyścigu.
O wiele lepszym rozwiązaniem wydaje się być zupełna rezygnacja z udziału w którymkolwiek z tych biegów. Może - powiem zaczepnie nieco - dobrze byłoby pooglądać wszystkie te harce z trybuny? Zostać świadomym obserwatorem tych przedziwnych akrobacji? Na trzeźwo i świadomie przyjrzeć się, jak jedni, biegnąc w prawo zrzucają z siebie wszystko, co tylko można, nago niemal pędząc ku czemuś, co w ich mniemaniu, gdzieś tam na końcu drogi istnieje. Drudzy - dla odmiany - uginając się pod stertą dźwiganych na plecach przedmiotów, w lewo suną z mozołem, drżącymi rękami chwytając po drodze wszystko, co ci pierwsi porzucili... Czasem ktoś z gołych chyłkiem przemyka do szeregu objuczonych, chwytając niepostrzeżenie coś, czego kilkaset metrów wcześniej z taką radością się pozbył. Czasem któryś z obładowanych rzuca wszystko na środku i lekkim krokiem dołącza do szeregu golasów... I tak bez przerwy, z jednej strony na drugą, z prawa na lewo, dwa kroki w przód i trzy do tyłu. Interesujące zjawisko!
* * * * *
A co jeśli wystarczy w sobie zaprowadzić ład i harmonię i wtedy w ogóle już nie trzeba będzie zawracać sobie głowy tym, co i w jakich ilościach posiadamy, bo wszystkiego będzie nam w sam raz i ten temat w ogóle nie będzie dla nas istniał?
Co, jeśli wystarczy żyć świadomie, działać roztropnie, widzieć świat jaki jest a nie jaki chcielibyśmy, aby był, nie generalizować i nie oceniać pochopnie, nie rzucać się łakomie na nowe idee, a wtedy cała reszta też się dopasuje i potrzeba uczestnictwa w jakimkolwiek wyścigu ogóle nie zaistnieje?
Właśnie taki mam pomysł: aby temat uczestniczenia w jakimkolwiek wyścigu w ogóle się nie pojawiał z powodu braku racji bytu. Kusząca propozycja, nieprawdaż?
* * * * *
Chodzi mi mniej więcej o to, że są to jakby dwie różne płaszczyzny, a ja czasem odnoszę wrażenie, że niektórzy minimaliści działają tylko na jednej z nich - na tej fizycznej, zewnętrznej, materialnej. Że nie zmieniają tej drugiej, znacznie ważniejszej płaszczyzny, nazwijmy ją dla potrzeb tego tekstu "płaszczyzną wewnętrzną". Tymczasem takie jednopłaszczyznowe działanie to działanie na krótką metę. Bo jak długo, bez uporządkowania wnętrza, będziemy się dzielnie samoograniczali na zewnątrz? Prędzej, czy później stwierdzimy, że to głupota jakaś, a nowy telefon należy się nam jak - nie przymierzając - psu buda!
I tyle na temat minimalizmu. Był i się zmył. Zminimalizował się, że tak powiem. Żeby pobawić się słowem: udział minimalizmu w moim życiu stał się zdecydowanie minimalistyczny. Teraz poszukam jakiejś nowej idei, kolejnego wyścigu w którym będę mógł wziąć udział z nadzieją na to, że tym razem to na pewno będzie to! Że teraz to już całe moje życie się zmieni i wreszcie będę szczęśliwy i osiągnę stan zen! Powodzenia zatem i... do następnego razu, bo pewnie jeszcze wiele razy miniemy się, biegnąc w prawo lub lewo w poszukiwaniu siebie.
![]() |
| Marcin Fabjański - Zaufaj życiu |
Nie należy się gniewać na bieg wypadków. Nic ich to bowiem nie obchodzi.
Tym razem, żeby nieco odetchnąć od tematyki biegowej, kilka moich przemyśleń dotyczących książki Marcina Fabjańskiego zatytułowanej "Zaufaj życiu. Nie zakochuj się w przelatującym wróblu". Książkę kupiliśmy z polecenia piszącej inspirujące teksty na G+ Emmy Ernst, za co bardzo jesteśmy Jej wdzięczni :)
Czy samo „bycie” może być radosne? Bez dodatkowych warunków? Autor twierdzi, że tak. Trzeba tylko zawierzyć rozumowi i porządkowi natury! Ta książka namawia, byś przestał zaklinać rzeczywistość za pomocą cudownych recept, a zamiast tego starał się pojąć logikę oraz piękno procesu życiowego.
- z oficjalnej recenzji książki
O co w tym wszystkim chodzi, czyli jak ja to rozumiem i czy w ogóle coś z tej książki zrozumiałem? Wydaje mi się, że i owszem. Nieskromnie powiem: coś tam pojąłem. Na początek napiszę, że pierwszą i najważniejszą rzeczą, którą zrozumiałem już po przeczytaniu początkowych rozdziałów książki Marcina Fabjańskiego, było to, że jestem mistrzem denerwowania się na wydarzenia oraz uwielbiam snuć wewnętrzne opowieści.
Denerwowanie się na wydarzenia? Co to takiego? Ano na przykład złość na to, że kolejka do kasy, w której postanowiliśmy stanąć okazała się akurat tą najwolniejszą, bo przed nami był ktoś, kto miał towar bez kodu kreskowego, a do tego w drukarce fiskalnej skończył się papier i tyle.
Lawina ruszyła! Już jestem zły. Zły na siebie, bo w tej kolejce stanąłem, na kolejkę bo stoi w miejscu, na człowieka przede mną, bo wziął towar bez kodu (pewnie specjalnie, bestia jedna!), na kasjerkę, która nie dopatrzyła, że kończy się papier i musi wymieniać rolkę dokładnie teraz, na sklep, że ma taką beznadziejną obsługę i w ogóle na cały świat, który się na mnie uwziął! Jednym słowem: tragedia! Jestem obecnie najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem na Ziemi, rzec by wręcz można, że "Nazywam się Milijon – bo za miliony kocham i cierpię katusze"...
Siedząc w fotelu i czytając powyższy akapit można stwierdzić: o co to zamieszanie? O kolejkę przy kasie? No ty to chyba jakiś nadpobudliwy jesteś! Do takiego - jak najbardziej słusznego wniosku - dochodzimy czytając opis tego - banalnego w gruncie rzeczy - zdarzenia. Spoglądając na to wydarzenie niejako z boku. Patrząc z drugiego kąta sklepu na siebie, miotającego się przy tej kasie i mrucząc pod nosem: -Co to za jakiś nerwus przy tej kasie!
Wniosek powyższy jest słuszny, bo przecież tak naprawdę, na zimno - z boku patrząc - nic takiego się nie stało. Zaszło jakieś zdarzenie. Nic mniej i nic więcej. Szkoda tylko, że to najlepsze i najprostsze z rozwiązań tak łatwo dostrzec, czytając opis takiego i jemu podobnych wydarzeń, a tak trudno wpaść na nie, stojąc w tej nieszczęsnej kolejce! Przyznajcie się uczciwie. Ileż to razy zdarzyło się Wam zachowywać podobnie?
Właśnie ta myśl Marka Aureliusza, jest jedną z ważniejszych, którą postaram się z tej książki zapamiętać i przekuć w zasadę zachowania (dlatego od niej zacząłem wpis):
Nie należy się gniewać na bieg wypadków. Nic ich to bowiem nie obchodzi.
Tak właśnie: nic ich to nie obchodzi. Miało miejsce zdarzenie: kolejka przy kasie zaczęła się ślimaczyć. To zdarzenie samo z siebie nie jest ani dobre, ani złe. Po prostu jest. To dopiero ode mnie zależy jego ocena. To ja wydaję sąd. Mogę stwierdzić, że to wydarzenie to podły, specjalnie we mnie wymierzony, atak wrogiego świata i okrutnej rzeczywistości! Mogę zacząć wściekać się w myślach na wszystkich wokół, pokrzykiwać: - O losie! Dlaczego tak wolno? Dlaczego mnie to spotyka? - Nie macie więcej pracowników? - Sprawdzajcie częściej te kody!
Postępując w ten sposób mogę zepsuć sobie humor tak banalnym zdarzeniem. Mogę moją złość i agresję zabrać do samochodu i tam zacząć się dalej wściekać na światła, kierowców, korki i deszcz, że zaczął padać. Mogę z tą złością dojechać do domu i od drzwi krzyczeć: Dlaczego twoje buty znowu leżą na środku podłogi?
Mogę właśnie tak zareagować. Mogę jednak postąpić zupełnie inaczej. Mogę po prostu nie gniewać się na to wydarzenie. Ba, mogę go nawet w ogóle nie zauważać, bo - na dobrą sprawę - co tu takiego specjalnego do zauważania? I właśnie takie postępowanie zdaje się być jak najbardziej słuszne i rozumne. I do takiego patrzenia na wydarzenia stara się przekonać czytelnika Marcin Fabjański, posługując się m.in. elementami filozofii stoickiej.
Bo co niby takiego się stało? Z towaru odkleił się kod kreskowy i nie zrobił tego mi na złość, w drukarce skończył się papier i obiektywnie patrząc, ten papier nie jest moim zaciekłym wrogiem, który postanowił się skończyć akurat wtedy, gdy ja będę następny do kasy, kolejka trochę zwolniła. Poczekam kilka minut dłużej. I co złego stanie się z tego powodu? Czy to, co stracę przez te kilka dodatkowych minut stania w kolejce do kasy, jest warte całego tego ambarasu? Przeważnie nie, a jeżeli nawet... To - no cóż - to jest właśnie rzeczywistość, na którą nie mamy wpływu. To jest sedno całego tego wywodu. Koło się zamyka. Teraz możemy wrócić do początku tego wydarzenia i ponownie stanąć przed problemem: akceptować, czy naginać do swoich żądań, mając jednak na uwadze to, że teraz już wiemy, iż nie nagniemy tej sytuacji wg naszych oczekiwań, a próbując to robić, postępujemy irracjonalnie i ze szkodą dla naszego dobrostanu.
Wydarzeń takich, jak opisane powyżej są w naszym życiu tysiące. Tysiące okazji do tego, aby się złościć na rzeczywistość, obrażać na zdarzenia, zaklinać otaczający nas świat i za wszelką cenę starać się przykroić go pod swoją miarę. Lub - tysiące okazji do tego, aby żyć z tym światem w zgodzie. Nie złościć się na wydarzenia, nie oczekiwać, że wszystko zawsze się do nas dostosuje. Raczej pogodnie i racjonalnie wejść w nurt zmieniającego się świata i ze zrozumieniem w nim uczestniczyć. Stare i banalne? Pewnie, że stare, bo już stoicy na to wpadli. Pewnie, że banalne, bo niby logicznie patrząc, nasz rozum dobrze wie, że złoszczenie się na wydarzenia, to głupota. Co z tego, kiedy tyle razy w nurcie życia zupełnie o tym zapominamy...
Cóż zatem? Mamy dążyć do pogrążenia się w zadowolonej bierności? Ależ skąd. Stoicka i rozumna postawa nie oznacza bierności. Wręcz przeciwnie. Nakazuje nam odróżniać to na co mamy wpływ, od tego co jest od nas niezależne, a swoją energię i wysiłki kierować w kierunku tego pierwszego, miast marnować ją na zajmowanie się czymś, na co wpływu nie mamy.
Stoicyzm to mentalna samoobrona – nie kupujemy dzięki niemu nastrojów i wymogów innych ludzi, także religii, przesądów.
Ogólnie rzecz ujmując: niepotrzebnie się z tym naszym życiem szarpiemy. Walczymy, staramy się naginać wszystko do - niby naszej, a tak naprawdę do zaprojektowanej przez nasze wewnętrzne opowieści, przez umysł, którego jesteśmy niewolnikami - woli i potrzeb. Do woli i potrzeb, które wydają nam się być naszymi, ponieważ przestaliśmy rozróżniać siebie od naszego umysłu, od ego wiecznie walczącego o przetrwanie. Od tego społeczno-religijno-kulturowo-cywilizacyjnego konstruktu, który za wszelką cenę stara nam się wmówić, że on to właśnie my - ja. Że ten żywiący się przez siebie tworzonymi i bez końca "przeżuwanymi" nieistniejącymi projekcjami: przyszłością i przeszłością, pasożyt to sedno naszego jestestwa Że "myślę, więc jestem", podczas gdy o wiele ważniejsze jest samo "jestem". Jestem tu i teraz, bo tylko tak być mogę. Jestem tu i teraz i jestem tego świadom. To jest moje życie i innego nigdy nie będzie. Tylko tu i teraz. Nie w przeszłości czy wyimaginowanej przyszłości, w których nigdy nie byłem, bo gdy byłem w tej pierwszej, to była ona teraźniejszością, a gdy w tej drugiej się znajdę, to także będzie ona dla mnie "teraz".
Nieświadomie idąc za głosem owego stwora, "stajemy okoniem" i zupełnie bezproduktywnie wykrwawiamy się w tysiącznej serii codziennych mikropotyczek z procesem życia, a do tego wszystkiego zdaje się nam, że to właśnie my, że to nasze decyzje i działania. Z taką postawą tej batalii - o ile w ogóle można tu mówić o jakiejkolwiek batalii i umieszczać cały problem w kontekście przegrania-wygrania - na pewno nie wygramy. Zamiast więc rzucać się jak ryba wyjęta z wody, spróbujmy lepiej - za radą Autora - nauczyć się odróżniać wymogi od oczekiwań:
(...) Oczekiwania są naturalne. Postawa: „ale byłoby fajnie pospać” – jest oczekiwaniem. Takim, na które wszechświat mi nie odpowie – więc nie zaczynam płakać, tylko uznaję, że muszę iść do pracy, no i w porządku. Ważne, co dalej robimy z tą myślą. Jeśli użyjemy techniki nazywania myśli (wiem, że mam taką myśl: „jeszcze pospać dwie godziny” – ale to tylko myśl) i pozwolimy jej przez nas przepłynąć, ona nie zatrzyma się w ciele, a my jakoś poczłapiemy do tej łazienki. Po pięciu minutach nie będzie to już takie nieszczęście. Problem pojawia się, gdy oczekiwanie przeistoczy się w wymóg. Zamiast „chciałbym” – pojawia się „powinienem” móc pospać. I zaczyna się budować cała historia: o tym, że rzeczywistość powinna być inna: praca jest fatalna, bo nie mogę jeździć na jedenastą, bo jestem beznadziejny… Słowo „powinienem” rodzi napięcie. Wstaję, choć chciałbym spać, ale jestem świadomą częścią toczącego się procesu. A jak mówię: „powinienem móc jeszcze dwie godziny spać”, zrywam kontakt z otoczeniem, skupiam się na tym uczuciu, czuję wewnętrzny bunt, napięcie. I ono jest ze mną potem przez cały dzień, a nawet życie. Może się utrwalić jako historia o mnie – nieudaczniku i będę żyć tym wyobrażeniem.
Kiedy nauczymy się odróżniać, spróbujmy opanować trudną sztukę rozbrajania i unieszkodliwiania wymogów, które bez przerwy tworzymy w naszych głowach, mimo tego, że bardzo często zupełnie nie zdajemy sobie z tego sprawy:
(...) Na przykład: chcę przejść przez ulicę, zielone światła, a tu jakaś ciężarówka cofa. Od razu w głowie: „Czemu? Nie powinna teraz cofać!!! Co ona tu robi? Na zielonym??? Chcę, żeby jej nie było”. Rozbroi go zwykła świadomość tego wymogu. Polecam nazywanie swoich myśli. Powiedzmy sobie: „To tylko mój wymóg wobec rzeczywistości. Ciężarówka to rzecz obiektywna, to mój gniew czyni ją problemem…”. Złość to tylko interpretacja, nie obiektywne fakty. Nawet realistyczne oczekiwania zamienione w wymóg sprawiają, że cierpimy.
Czy takie nauki, rozróżnianie i postawa są łatwe? Wydaje mi się, że nie, gdyż nigdy nie będzie tak, że opanujemy je całkowicie i nasza praca się skończy. To jest raczej proces, a nie coś co będzie nam dane. To jest raczej coś, ku czemu będziemy dążyć każdym naszym zachowaniem i wyborem.
To nie jest obietnica wiecznej szczęśliwości. Tu nie ma ani chórów anielskich, ani dziewic. To nie ta historia. To jest coś, co wymaga ciągłej uwagi, ciągłego zastanawiania się nad procesem życia, ciągłego starania się, aby być świadomym, tego co dzieje się wokół nas. Ciągłego uświadamiania sobie własnego uwikłania w wewnętrzne opowieści i żądania, które tworzymy. To wymaga ciągłego, świadomego bycia w chwili obecnej. W tej jedynej chwili "teraz", która jest nam dana i w której możemy coś zrobić. Życie składa się z takich chwil "teraz". Nie traktujmy ich więc jako środka do celu, lecz raczej jako cel sam w sobie. Teoretycznie prosta sprawa, ale uświadomienie sobie tego zdaje się dość radykalnie zmieniać perspektywę...
Gra wydaje się być warta świeczki. Praktykując taką postawę, możemy naprawdę stać się wewnętrznie wolnymi ludźmi. Wolnymi i zadowolonymi z życia ludźmi. Ludźmi żyjącymi bardziej w-chwili-obecnej, gdyż tylko w tej chwili mamy możliwość dokonania wyboru.
Wolność znajdziesz tylko w dostrojeniu się do kosmosu – tak powiedzieliby stoicy, i to wydaje się deterministyczne. Ale w gruncie rzeczy nie jest. Bo nam, współczesnym, wydaje się, że wolność polega na wyrażeniu egoistycznej indywidualności. A czymże jest ta indywidualność? Czy przypadkiem nie serią wtłoczonych nam schematów i wyobrażeń? Wewnętrzna zgoda na to, co się dzieje – oto wolność. To, czy popadamy w fatalizm, zależy też od celu. Jeśli za cel życia postawimy sobie posiadanie wielkiego majątku albo wysokie stanowisko w korporacji – to tak naprawdę kupiliśmy czyjąś wersję życia. Głoszoną jako wzór w danych czasach. Naszej kultury. A przecież w każdej chwili możemy wszystko stracić. No i która z postaw jest bardziej zdeterminowana: realizowanie wciśniętych nam celów czy zgoda na to, co się dzieje? Według stoików, jesteśmy doskonali. Trapią nas tylko błędy myślenia.
Chciałem w tym tekście jakoś opisać, bo zrecenzować to zbyt duże słowo, całość moich wrażeń po przeczytaniu książki "Zaufaj życiu". Widzę jednak, że nie jest to możliwe, ponieważ napisałem już całkiem sporo, a dotknąłem zaledwie jednego, no może dwóch zagadnień poruszanych przez Autora. Niewiele napisałem o snuciu wewnętrznych opowieści. O naszym od nich uzależnieniu i w ogóle o braku świadomości ich istnienia. Najczęściej bierzemy je po prostu za nas...
W ogóle nie wspomniałem o rozdziałach traktujących na temat buddyzmu i sposobach na szczęśliwe życie proponowanych przez ten system filozoficzny. Być może podświadomie dlatego, że stoicyzm przemawia do mnie o wiele mocniej i jest dla mnie bardziej zrozumiały, mniej obcy cywilizacyjnie, a w tych dalekowschodnich systemach jakoś zupełnie nie potrafię się odnaleźć, brak płaszczyzny porozumienia... ich pojęcia jakoś nic dla mnie nie znaczą, nie umiem tego przełożyć "z polskiego na nasze"...
Poza tym, nie jestem jakimś przesadnie głębokim, nie wiem - uduchowionym - człowiekiem. Jestem prosty i lubię proste pomysły. Wydaje mi się, że im bardziej skomplikowane rozwiązanie, tym większe szanse na to, że nie uda się do niego dotrzeć, że zbyt duża będzie pokusa przekombinowania i stworzenia czegoś, co może nawet będzie ładne i wzbudzające podziw, lecz jednocześnie będzie czymś mało praktycznym i trudnym w codziennym użytkowaniu.
Nie chcę wiele, a proste i klarowne pojęcia zaczerpnięte z filozofii stoickiej są dla mnie bardziej przyjazne, niż - moim zdaniem - bardzo misterne, ażurowe - rzekłbym - konstrukcje tworzone przez systemy dalekowschodnie. Nie oczekuję oświecenia. Na początek chciałbym tylko trochę bardziej cieszyć się życiem, żyć świadomie i akceptować rzeczywistość, zamiast na siłę starać się ją przykroić pod siebie. Nie wiem, może kiedyś, gdy osiągnę w pracy nad sobą nieco więcej (o ile w ogóle), gdy uporam się z podstawowymi bolączkami w stylu nieumiejętności odróżniania wymogów od oczekiwań, może wtedy będę gotowy na więcej.
Póki co zacznę jednak od malutkich, bardzo praktycznych i szybko pokazujących swoją przydatność najprostszych rozwiązań proponowanych przez Marcina Fabjańskiego. Rodzajem bardzo praktycznego vademecum będzie tutaj dla mnie inna książka tego Autora, a mianowicie "Stoicyzm uliczny" (którą już zresztą zamówiłem). Liczę właśnie na to, że jak napisał Wojciech Eichelberger:
Dzięki temu mądremu i pogodnemu wykładowi możemy dowiedzieć się, w jaki sposób posługiwać się rozumem, aby zamiast być źródłem naszych nerwic, lęków, paranoi i agresji, stawał się narzędziem wyzwolenia. Świetna, uzdrawiająca lektura dla wszystkich poszukujących prawdy i wolności.
Żeby zatem nie przeciągać skończę tutaj. Polecając jednocześnie książkę Marcina Fabjańskiego, jako dobrą i wartościową lekturę, która może pomóc nam otworzyć oczy na wiele - niby banalnych - drobnostek, których jednak na co dzień nie dostrzegamy, a które mogą nam skutecznie uprzykrzać życie. Jako książkę, która może nam pomóc w uświadomieniu sobie, w jakiej pajęczynie wyobrażeń, odbić i kulturowych wlepek żyjemy, nawet nie zdając sobie z tego sprawy i przyjmując je za swoje. Za wytwór swojego rozumu, ja czy jaźni. Ba, twierdząc wręcz, że one są tylko nasze i wyrażają naszą indywidualność.
Nawiasem mówiąc, o jaźni, duszy i "ja" (jako ludziku siedzącym w naszej głowie w sterowni za oczami) także można dowiedzieć się z tej lektury kilku ciekawych faktów ;)
Myślę, że dodatkową - może nawet trochę prowokującą - zachętą do sięgnięcia po tę lekturę, będzie myśl wyrażona przez Marcina Fabjańskiego w wywiadzie dla Gazety Wyborczej:
Spece od sprzedaży dóbr niepotrzebnych pracowicie montują w nas poczucie niedostatku, żebyśmy sięgnęli po zadany przez nich przedmiot, ale - wedle Lukrecjusza, ucznia Epikura - to drobiazg w porównaniu z tym, co robią z nami kapłani. Im zależy na tym, byśmy żyli w stanie wielkiego egzystencjalnego uszkodzenia, grzechu pierworodnego; byśmy uczynili siebie samych bohaterami opowieści z jedną tylko możliwością happy endu - niebem oferowanym przez ten, a nie inny Kościół. Z czasem ta opowieść staje się dla nas ważniejsza niż życie. Odbiera wagę życiu (przyjrzy się temu krytycznie 21 wieków po Epikurze Fryderyk Nietzsche), a nadaje ją życiu po śmierci.
Oraz na sam już koniec myśl Epikura o śmierci, bo przecież większość z nas boi się śmierci, lub przynajmniej za nią nie przepada, a przecież:
Śmierć, najstraszniejsze z nieszczęść, wcale nas nie dotyczy, bo gdy my istniejemy, śmierć jest nieobecna, a gdy tylko śmierć się pojawi, wtedy nas już nie ma
- Epikur
Banalnie oczywiste, czyż nie? Stoicyzm, może i epikureizm, mimo że stare i każdy z nas gdzieś tam w szkołach o nich słyszał, jednak w ujęciu Marcina Fabjańskiego ożywają na nowo, pokazują możliwości i proponują skuteczne rozwiązania.
Okazuje się, że starożytne teksty podsuwają nam wiele rozwiązań, które świetnie sprawdzają się także w obecnych czasach. Inne są zdarzenia (np. stanie w korku, zamiast niegdysiejszego przepychania się przez tłum uliczny), lecz mechanizmy zachowań pozostały niezmienione. Któż to wie, może nawet pod wpływem Fabjańskiego i na lekturę Marka Aureliusza kiedyś się skuszę, bo jak do tej pory, to przeczytałem tylko jego biografię, której autorem jest Pierr Grimal (sztywna brązowa oprawa, wydana przez Państwowo Instytut Wydawniczy) i szczerze przyznać muszę, że ledwo przez to dzieło przebrnąłem...
Przepraszam za wszystkie skróty myślowe, uproszczenia i ewentualne nadinterpretacje, których się w tym tekście dopuściłem. Przepraszam za być może nie do końca klarowne przekazanie idei, które miałem zamiar wyrazić. Chciałem napisać dużo (i treściwie) w niezbyt dużej objętości. Wyszło, co wyszło. W każdym razie, serdecznie zachęcam wszystkich zainteresowanych tematem do sięgnięcia po książkę "Zaufaj życiu"
Edit: po "Stoicyzm uliczny" także - przeczytałem go w międzyczasie. Znakomity poradnik do codziennego użytku. Czytać i stosować. Koniecznie!
Czytając powyższe książki, niby banalne i oczywiste prawdy, które - niby - wszyscy znamy, podane przez Marcina Fabjańskiego w łatwy i przystępny sposób, odkrywamy niejako na nowo. I czasem ze zdziwieniem stwierdzamy: -To naprawdę jest banalne i niewarte uwagi, jeżeli spojrzeć na to od tej strony! Polecam gorąco obie książki.
* * * * *
Cytaty, których użyłem w tym tekście pochodzą z wywiadów Marcina Fabjańskiego. Wywiady te dostępne są w internecie pod następującymi adresami:
- Wywiad Marcina Fabjańskiego "Zaufaj Aureliuszowi" dla Zwierciadła
- Wywiad Marcina Fabjańskiego "Terapia Epikurem" dla Gazety Wyborczej
![]() |
| Tak się właśnie czuję |
W grudniu to jakoś tak ogólnie ciężko do końca roku dotrwać. To jakiś taki smutek egzystencjalny bardziej.
Teraz natomiast to po prostu leń umysłowy. Nie, nie "kryzys twórczy". O kryzysie twórczym, to mogą mówić Twórcy, ja mogę mieć co najwyżej wielkiego lenia. Nie będę zresztą ukrywał, że z natury to bardziej do tych leniwych, niż pracowitych, przynależę...
W ogóle jakoś nie chce mi się uruchamiać mózgownicy bardziej, niż to konieczne. Tylko to, co potrzeba. Umysłowe minimum niezbędne do przetrwania i zachowywania się na tyle normalnie, by inni ludzie nie stwierdzili, że z gościem coś nie specjalnie tego, chyba... no wiecie.
Czasem coś mi się tam dziwnego wymsknie (często ironicznie-sardoniczno-złośliwego). Wówczas popatrują niepewnie i coś tam szemrzą cichaczem, ale głośno i prosto w oczy niczego nie powiedzą. A szkoda, bo może taka rozmowa pozwoliłaby rzeczony stupor przerwać, a jeżeli nawet i nie, to miałbym przynajmniej trochę zabawy.
Mam zatem tego stupora i tak sobie w nim od jakiegoś czasu tkwię. Wstaję, idę do pracy, wracam, ćwiczę, jem, śpię - powtarzam. Tak jak na tej koszulce, którą kiedyś pokazywaliśmy na blogu (nawet wyszukałem jej zdjęcie i zamieszczam poniżej w celach poglądowych). Ogólnie i z pewnego punktu widzenia, całkiem wygodna sprawa, taki stupor. Nie trzeba myśleć. Nie trzeba się wysilać, co własnie robię teraz, pisząc te słowa. Jakże to ciężko idzie, ile wysiłku wymaga uruchomienie ospałego mózgu.
| Tak to własnie ostatnio wygląda |
Dobrze, że ostatnio ponownie - po miesięcznej chyba przerwie - wróciłem do czytania jakichś książek. Zawsze to jakiś dodatkowy bodziec. Najwidoczniej jestem tutaj podobny do kotów, gdyż - wedle Matyldy - one także wciąż potrzebują nowych bodźców, aby... no właśnie, aby nie popaść w stupor!
Aktualnie zatem męczę "Wyspę na prerii" Wojciecha Cejrowskiego. Jakaś takaś dziwna ta książka. Niby wiadomo, o czym być miała, a jednak coś mi w niej nie pasuje. Tak jak w tym tekście, który teraz w bólach płodzę.
Bo niby fajna, ciekawa. Może nawet i miejscami śmieszna (chociaż jak dla mnie nie bardzo). Ale taka jakaś "na siłę" i po łebkach. Nie chodzi tu o to, czy ktoś lubi Pana Cejrowskiego i jego poglądy, czy też osoba znanego podróżnika jest dla niego solą w oku. Po prostu zazwyczaj Wojciech Cejrowski potrafił jakoś ująć i zainteresować mnie swoją opowieścią o przeróżnych kulturach, zachowaniach i zwyczajach. Pewnie, że często koloryzuje, nieraz przesadza, a czasem specjalnie prowokuje kontrowersje - taka praca, nic mi do tego.
![]() |
| Wyspa na prerii - Wojciech Cejrowski - można poczytać, ale nie powala na kolana |
Tym razem, w tej książce - wg mnie - zabrakło pazura. Zabrakło czegoś, co mogłoby na dłużej przyciągnąć uwagę. Bardzo przepraszam Szanownego Autora, ale odnoszę wrażenie, że taką książkę mógłby napisać ktoś, kto nigdy na tej prerii nie był, a życie tam "poznał" oglądając masę amerykańskich filmów o tymże opowiadających. Tak jakoś bardzo stereotypowo i "na siłę" w tej książce.
Zaraz, zaraz... A może tak tam własnie jest? Może Może te wszystkie "preriowe" filmy pokazują prawdę? Może Clint Eastwood to najdoskonalsze uosobienie preriowo-westernowych wyobrażeń i stereotypów o dzikim zachodzie? Wietrzę tu jakiś spisek... Całkiem jak w tym wpisie ;) Co tu dużo gadać - przeczytajcie książkę, a sami zobaczycie, dlaczego to zdjęcie Eastwooda tak bardzo przypasowało mi do ilustracji tego, o czym ona traktuje.
No, ale nie o "Wyspie na prerii" i związanych z nią spiskach miał być ten tekst. Lepsza, czy gorsza, ogólnie książka i tak warta przeczytania, a dla tych, którzy lubią Wojciecha Cejrowskiego, jego opowieści i klimaty dzikiego zachodu - pozycja wręcz obowiązkowa.
![]() |
| Clint Eastwood - uosobienie preriowo-westernowych stereotypów? |
Matko, ja znowu o tej książce. Miało być o stuporze. Już do niego wracam. Czasem przychodzą w życiu takie właśnie "stuporowate" okresy. Funkcjonujesz jak lalka na sznurkach, za które ktoś tam gdzieś pociąga. Bezmyślnie i pusto. Poniekąd lekarstwem na taką umysłową ociężałość (i nie chodzi mi tutaj o określenie jednostki chorobowej - o ile taka istnieje, lecz o ociężałość rozumianą jak najbardziej pospolicie) miało być - według mojego pomysłu - między innymi pisanie tekstów na blogu.
Dlaczego akurat na blogu publicznym? Ano dlatego, że można niby i do szuflady pisać, ale zawsze to motywacja wzrasta, gdy wiem, że być może ktoś tam jednak te wypociny przeczyta. Choćby przy kawie, czy do kotleta. Nie mam niczego przeciwko :) Może być i do kotleta.
Czy to działa? Ciężko powiedzieć. Wygląda na to, że w jakiś sposób działa, bo przecież piszę ten tekst, a to wymaga przełamania stupora, czyli aktualnie pisząc, dokonuję "na bieżąco", ostro i "na chama" rozkręcania kółeczek w mojej mózgownicy. Muszę się skupić. Muszę pomyśleć. Muszę wybrać zdjęcia. Sprawdzić kropki, przecinki i literówki, a to wciąga i angażuje! Zaczynam pracować umysłem. Zaczynam zmuszać go do aktywności większej, niż oglądanie filmików na YT ;)
Całkiem możliwe, że w tym momencie ktoś pomyślał sobie:
-Ty jakiś dziwny jesteś człowieku. Nudzi ci się po prostu. Weź się do roboty i wszystkie stupory od razu ci przejdą!
Może to dziwne, ale pracuję. Normalnie, jak większość. Wstaję rano i idę do pracy. Ba, ostatnio nawet zdarzyło mi się spędzić w pracy trochę godzin ponad normę. Praca nie pomaga na stupora. Zdecydowanie. Wręcz przeciwnie, odnoszę wrażenie, że to właśnie ona może być jedną z przyczyn jego powstawania. Cóż zrobić, kiedy pracować trzeba...
Dlaczego z uporem maniaka powracam lub powracamy, bo Matylda też czasem o tym pisze, do tematyki aktywności umysłowej i sprawności - zarówno fizycznej, jak i psychicznej? Bo chcemy je utrzymać jak najdłużej na jakimś przyzwoitym poziomie. Dlaczego? Bo chcemy dzięki temu poprawiać nasz komfort życia. Bycia-we-własnej-skórze, jak u siebie w domu. Dobrego samo-poczucia.
![]() |
| Oto i Arystoteles, a raczej jego popiersie, na złotym środku strony ;) |
Czy trochę się w tym nie zapętlamy? Kto wie. Może czasem trochę tak. Chociaż na pewno nie jest to gonitwa za wszelką cenę. Tak teraz wpadło mi do głowy, że bardzo łatwo niepostrzeżenie zamienić pogoń za pieniądzem i sprawami materialnymi na pogoń za jakąś wyśrubowaną kondycją psychofizyczną! Zarówno w jednym, jak i drugim przypadku, do niczego dobrego to nie doprowadzi. Ale przekombinowałem. Nieważne. Jakby tam nie było, troszkę ruszyłem mózgownicą. Skłoniłem leniwe i ogarnięte stuporem "ja" do podjęcia wyzwania napisania tekstu. I udało się! Lepiej, lub gorzej, ale się udało. Trochę podkręciłem obroty.
Przy okazji. Gdyby ktoś zastanawiał się, czy prowadząc bloga ma się ciśnienie, że trzeba coś napisać, bo trzeba coś opublikować, bo prowadzi się bloga i trzeba coś napisać i... Uczciwie: czasem tak. Zdarza się, że pojawia się w głowie taka właśnie myśl. Wtedy jednak staramy się (Matylda i ja) szybko przypomnieć sobie, po co tego bloga prowadzimy, a robimy to na pewno nie po to, aby pobijać rekordy w ilości opublikowanych postów.
Każda przesada jest niedobra, tak samo ta w bieganiu, jak i ta w pisaniu. Na koniec odkryliśmy zatem ponownie, to, co Arystoteles bardzo już dawno temu określił jako teorię złotego środka! Brawo. Być może jednak stara dobra teoria "przeżuta" samodzielnie, jakoś bardziej zadomowi się w naszym życiu na co dzień.
Po porządkach w szafie z ubraniami nadszedł czas na kolejny punkt do odhaczenia w planie oczyszczania mieszkania z niepotrzebnych rzeczy. Słoneczny lutowy niedzielny poranek postanowiłam poświęcić na przejrzenie mojej kolekcji świecidełek wszelakich i pożegnać się definitywnie z tymi, których nie nosiłam już od ponad roku, takimi, które miały jakieś brakujące elementy (np. pojedyncze kolczyki). Pozbyłam się również plastikowych bransoletek i koralików wątpliwej jakości. Pozostały tylko te rzeczy, które naprawdę lubię, używam i nie zamierzam się z nimi rozstawać.
W tym roku nie planuję absolutnie żadnych zakupów w tej materii, będę cieszyć się tym, co mam. Oto co pozostało w mojej skromnej kolekcji – na pierwszy ogień bransoletki:
Na początek srebrna bransoletka z zawieszkami firmy Apart. Jakiś czas temu podobały mi się bransoletki Pandora, ale koniec końców nie zdecydowałam się na zakup ze względu na, moim zdaniem, wygórowaną cenę. Zawieszki kompletowałam przez kilka miesięcy, aż osiągnęłam satysfakcjonujący mnie efekt. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wybrała zawieszki w kształcie kota:)
Druga ulubiona to bransoletka z szarego kwarcu ze srebrną zawieszką w kształcie koniczynki. Kupiłam ją dwa lata temu jako dopełnienie kreacji weselnej, ale lubię nosić ją również na co dzień. Jest dość ciężka i solidnie wykonana.
A teraz pora na srebrno- bursztynowy komplet – bransoletka i kolczyki w kształcie kasztanów. Uwielbiam ciepłą barwę bursztynu i zabawny kształt kolczyków, które zresztą często zakładam bez bransoletki.
Masajska bransoletka z kolorowych koralików, którą otrzymałam w prezencie z podróży do Afryki. Jest to ozdoba zdecydowanie sezonowa - noszę ją głównie latem, gdyż fajnie komponuje się z jasnymi koszulkami i opaloną skórą.
Rzeczą noszoną przeze mnie najczęściej jest mój zegarek, nie żaden tam wypasiony model, zwykły Timex. Praktycznie co roku wymieniam pasek, ponieważ bardzo szybko się ścierają, tylko ten oryginalny wytrzymał kilka lat intensywnego użytkowania. Kupiłam ten czasomierz osiem lat temu i na razie nie planuję wymiany na nowy, chociaż przyznam, że widziałam kilka fajnych modeli, ale cóż, umiar i racjonalne gospodarowanie zasobami przede wszystkim - nie pozbędę się całkiem przyzwoitego zegarka. Jeśli czytaliście nasz wpis na temat oszczędzania, to wiecie, że wraz z Leonem staramy się oddzielać potrzeby od zachcianek Choć już nie raz zdarzyło nam się zejść z drogi cnoty - niestety:)
Bardzo lubię i często noszę ten komplet: srebrny łańcuszek z pojedynczą perłą i maleńkie perłowe kolczyki, zestaw prosty, minimalistyczny, ale bardzo ładnie się prezentuje.
Złoty łańcuszek z serduszkiem otrzymałam kilka lat temu w prezencie. Co prawda złoto nie należy do moich ulubionych kruszców (choć biorąc pod uwagę kondycję Zakładu Utylizacji Składek i prognozy co do emerytur dzisiejszych trzydziesto - i czterdziestolatków, chyba powinnam zacząć kolekcjonować złote monety ;), ale wisiorek ma w sobie coś ujmującego i na razie postanowiłam się z nim nie rozstawać.
Na koniec dwa sznury korali – noszone bardzo rzadko, właściwe tylko na jakieś większe wyjścia, jako dopełnienie bardziej eleganckich kreacji (na szczęście w pracy mogę chodzić w dżinsach i wygodnych swetrach i bluzach). Są dość ładnie wykonane, z kamieni, nie z plastiku. No i to by było na tyle, nie ma tego dużo, ale zostaje to co lubię i to mi wystarczy.
A tak nawiasem mówiąc staram się aby plastiku było coraz mniej nie tylko w pudełku z biżuterią, ale i w całym mieszkaniu. Stawiam na naturalne materiały – drewniana komoda, wiklinowy fotel, lniany obrus, otaczanie się przedmiotami wykonanymi z tych materiałów sprawia mi sensualną przyjemność.
Wolę mieć mniej przedmiotów, ale dobrej jakości, które pięknie się starzeją. Chcę podróżować przez życie z coraz mniejszym bagażem i poczuciem harmonii przynajmniej na tych kilkudziesięciu metrach mojej prywatnej przestrzeni (współdzielonej oczywiście z Leonem i dwoma sierściuchami), które choć trochę oddzielają mnie od chaosu zewnętrznego świata.
W tym roku nie planuję absolutnie żadnych zakupów w tej materii, będę cieszyć się tym, co mam. Oto co pozostało w mojej skromnej kolekcji – na pierwszy ogień bransoletki:
Na początek srebrna bransoletka z zawieszkami firmy Apart. Jakiś czas temu podobały mi się bransoletki Pandora, ale koniec końców nie zdecydowałam się na zakup ze względu na, moim zdaniem, wygórowaną cenę. Zawieszki kompletowałam przez kilka miesięcy, aż osiągnęłam satysfakcjonujący mnie efekt. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wybrała zawieszki w kształcie kota:)
| Srebrna bransoletka z zawieszkami firmy Apart |
Druga ulubiona to bransoletka z szarego kwarcu ze srebrną zawieszką w kształcie koniczynki. Kupiłam ją dwa lata temu jako dopełnienie kreacji weselnej, ale lubię nosić ją również na co dzień. Jest dość ciężka i solidnie wykonana.
| Bransoletka z szarego kwarcu ze srebrną zawieszką w kształcie koniczynki |
A teraz pora na srebrno- bursztynowy komplet – bransoletka i kolczyki w kształcie kasztanów. Uwielbiam ciepłą barwę bursztynu i zabawny kształt kolczyków, które zresztą często zakładam bez bransoletki.
| Srebrno-bursztynowy komplet |
Masajska bransoletka z kolorowych koralików, którą otrzymałam w prezencie z podróży do Afryki. Jest to ozdoba zdecydowanie sezonowa - noszę ją głównie latem, gdyż fajnie komponuje się z jasnymi koszulkami i opaloną skórą.
| Masajska bransoletka z kolorowych koralików |
Rzeczą noszoną przeze mnie najczęściej jest mój zegarek, nie żaden tam wypasiony model, zwykły Timex. Praktycznie co roku wymieniam pasek, ponieważ bardzo szybko się ścierają, tylko ten oryginalny wytrzymał kilka lat intensywnego użytkowania. Kupiłam ten czasomierz osiem lat temu i na razie nie planuję wymiany na nowy, chociaż przyznam, że widziałam kilka fajnych modeli, ale cóż, umiar i racjonalne gospodarowanie zasobami przede wszystkim - nie pozbędę się całkiem przyzwoitego zegarka. Jeśli czytaliście nasz wpis na temat oszczędzania, to wiecie, że wraz z Leonem staramy się oddzielać potrzeby od zachcianek Choć już nie raz zdarzyło nam się zejść z drogi cnoty - niestety:)
| Zegarek Timex |
Bardzo lubię i często noszę ten komplet: srebrny łańcuszek z pojedynczą perłą i maleńkie perłowe kolczyki, zestaw prosty, minimalistyczny, ale bardzo ładnie się prezentuje.
| Srebrny łańcuszek z pojedynczą perłą |
Złoty łańcuszek z serduszkiem otrzymałam kilka lat temu w prezencie. Co prawda złoto nie należy do moich ulubionych kruszców (choć biorąc pod uwagę kondycję Zakładu Utylizacji Składek i prognozy co do emerytur dzisiejszych trzydziesto - i czterdziestolatków, chyba powinnam zacząć kolekcjonować złote monety ;), ale wisiorek ma w sobie coś ujmującego i na razie postanowiłam się z nim nie rozstawać.
| Złoty łańcuszek z serduszkiem |
Na koniec dwa sznury korali – noszone bardzo rzadko, właściwe tylko na jakieś większe wyjścia, jako dopełnienie bardziej eleganckich kreacji (na szczęście w pracy mogę chodzić w dżinsach i wygodnych swetrach i bluzach). Są dość ładnie wykonane, z kamieni, nie z plastiku. No i to by było na tyle, nie ma tego dużo, ale zostaje to co lubię i to mi wystarczy.
| Korale |
| Korale |
A tak nawiasem mówiąc staram się aby plastiku było coraz mniej nie tylko w pudełku z biżuterią, ale i w całym mieszkaniu. Stawiam na naturalne materiały – drewniana komoda, wiklinowy fotel, lniany obrus, otaczanie się przedmiotami wykonanymi z tych materiałów sprawia mi sensualną przyjemność.
Wolę mieć mniej przedmiotów, ale dobrej jakości, które pięknie się starzeją. Chcę podróżować przez życie z coraz mniejszym bagażem i poczuciem harmonii przynajmniej na tych kilkudziesięciu metrach mojej prywatnej przestrzeni (współdzielonej oczywiście z Leonem i dwoma sierściuchami), które choć trochę oddzielają mnie od chaosu zewnętrznego świata.




















