Dokładnie osiem lat temu postanowiłam zostać swoim sterem, żeglarzem i okrętem i porzuciłam pracę na etacie na rzecz własnej działalności gospodarczej. Dziś chciałabym podzielić się z Wami kilkoma refleksjami na ten temat.
Po pierwsze, chciałabym wyjaśnić dlaczego zdecydowałam się na taki krok. Zanim rozpoczęłam pracę u siebie i dla siebie, pracowałam w kilku miejscach. Były to firmy zarówno prywatne jak i państwowe. Oczywiście nauczyłam się tam bardzo wiele i zdobyłam doświadczenie, które dodało mi pewności siebie, no ale... pracując na etacie w pewnym momencie odniosłam wrażenie, że przestaje się rozwijać - pomyślałam i co, to już koniec? Teraz tylko stagnacja aż do osiągnięcia wieku emerytalnego?
Poza tym chyba nigdy nie byłam graczem zespołowym, zdecydowanie wolę działać w pojedynkę. Podjęta przeze mnie decyzja o założeniu własnej działalności spotkała się z totalnym niezrozumieniem wśród znajomych w pracy: Jak to? Będąc w posiadaniu świętego Graala w postaci umowy na czas nieokreślony składam wymówienie? Na szczęście miałam pełne poparcie najbliższej mi osoby czyli Leona, a to dla mnie liczyło się najbardziej.
To takie moje maleńkie subiektywne podsumowanie. Jak widzicie plusów jest tyle samo co negatywnych stron bycia swoim własnym szefem. Generalnie Polska nie jest krajem przyjaznym osobom prowadzącym własną działalność, ale jeśli ktoś ma fajny pomysł i kocha to co robi to czemu nie? Jestem dyrektorem wykonawczym i zarządzającym i dobrze mi z tym, co będzie dalej, co przyniesie przyszłość zobaczymy.
Po pierwsze, chciałabym wyjaśnić dlaczego zdecydowałam się na taki krok. Zanim rozpoczęłam pracę u siebie i dla siebie, pracowałam w kilku miejscach. Były to firmy zarówno prywatne jak i państwowe. Oczywiście nauczyłam się tam bardzo wiele i zdobyłam doświadczenie, które dodało mi pewności siebie, no ale... pracując na etacie w pewnym momencie odniosłam wrażenie, że przestaje się rozwijać - pomyślałam i co, to już koniec? Teraz tylko stagnacja aż do osiągnięcia wieku emerytalnego?
Poza tym chyba nigdy nie byłam graczem zespołowym, zdecydowanie wolę działać w pojedynkę. Podjęta przeze mnie decyzja o założeniu własnej działalności spotkała się z totalnym niezrozumieniem wśród znajomych w pracy: Jak to? Będąc w posiadaniu świętego Graala w postaci umowy na czas nieokreślony składam wymówienie? Na szczęście miałam pełne poparcie najbliższej mi osoby czyli Leona, a to dla mnie liczyło się najbardziej.
No i tak oto zaczęłam pracować na własny rachunek. Jakie są moje subiektywne plusy i minusy tej formy zatrudnienia?- oto one:
- niezależność, jestem swoim własnym szefem i to ja decyduję, co mam zrobić, czego nie, co spodoba się moim klientom, mogę wdrażać swoje pomysły w życie bez konieczności tłumaczenia się przed swoim pryncypałem, lub co gorsza składania przydługich raportów na ten temat,
- poczucie, że pracuję na własne nazwisko i ciężką pracą i zaangażowaniem wyrabiam sobie markę, jestem proaktywna i dzięki działaniu zbieram owoce swojej pracy
- mniejszy poziom stresu – nie uczestniczę już w firmowym wyścigu szczurów, nie dotyka mnie mobbing, generalnie budzę się w poniedziałek bez poczucia strachu,co zdarzało mi się wcześniej, gdy byłam pracownikiem najemnym
- poczucie, że nie stoję w miejscu, ciągle się rozwijam, jeśli chcę się utrzymać na powierzchni muszę być na bieżąco i nie spocząć na laurach,
- jestem panią swojego czasu, nie muszę prosić szefa o urlop, sama go sobie udzielam :)
- ludziom, którzy mnie wyjątkowo irytują, dla spokoju ducha i zdrowia psychicznego mogę po prostu podziękować za współpracę.
A teraz czas na minusy:
- oczywiście miejsce pierwsze - ZUS. Bez względu czy w danym miesiącu mam jakieś dochody czy nie, trzeba karmić tego nienasyconego potwora i składać daninę w wysokości 1100 do 10 każdego miesiąca,
- mimo tego, że karmię nienasyconą hydrę regularnie prognozowana emerytura prezentuje się bardzo marnie,
- urzędnicze absurdy i przepisy, które osobom prowadzącym własną działalność przyjazne nie są- vide: urząd skarbowy,
- martwe okresy, w których nie zarabiam ani grosza. Prowadzenie działalności wymaga ode mnie na pewno więcej planowania i przewidywania w zakresie finansów niż miało to miejsce w czasach pracy na etacie,
- jako że pracuję w domu, czasami trudno jest oddzielić pracę od życia prywatnego. Potrzeba też sporej dawki samodyscypliny żeby płynnie przechodzić od beztroskiego surfowania po internecie w ulubionym dresie i z kubkiem kawy w dłoni do pełnej koncentracji na sprawach zawodowych pół godziny później
- generalnie mniejsze poczucie bezpieczeństwa, niż to które pamiętam z pracy etatowej, ale z drugiej strony, kto ma obecnie poczucie bezpieczeństwa zatrudnienia i gwarancję pracy do 67 roku życia?
To takie moje maleńkie subiektywne podsumowanie. Jak widzicie plusów jest tyle samo co negatywnych stron bycia swoim własnym szefem. Generalnie Polska nie jest krajem przyjaznym osobom prowadzącym własną działalność, ale jeśli ktoś ma fajny pomysł i kocha to co robi to czemu nie? Jestem dyrektorem wykonawczym i zarządzającym i dobrze mi z tym, co będzie dalej, co przyniesie przyszłość zobaczymy.
Zdjęcia: freeimages.com
Taki trochę enigmatyczny tytuł. O jakie i czego napędzanie tu chodzi? Chodzi otóż, o napędzanie gospodarki, czy tam jak kto woli, wzrostu i rozwoju gospodarczego. Wiecie, rozumiecie, hasła w stylu: "Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej" itp ciekawostki dla chomiczków i lemingów takoż.
Tak jakoś dzisiaj rano rozmawialiśmy sobie luźno z Matyldą, trochę o wszystkim i o niczym, jak to przy porannej kawie.
Było coś tam o kredytach we frankach, w tle bez przerwy na oddech "włączali niskie ceny", gorąca kawa parowała w kubkach. Ot, poranek jak setki innych.
Gadaliśmy, gadaliśmy, zahaczyliśmy o temat wyrabiania narzuconych "targetów", norm sprzedażowych, wciskania klientom produktów stojących przy kasie itp praktyk i tak jakoś pomyślałem sobie (wiem, wielce, zaprawdę wielce odkrywcza to myśl ;), że w tym wszystkim - nieważne czy są to kredyty na przewartościowane domy, czy wciskanie klientom niepotrzebnych im towarów i usług - chodzi tylko i wyłącznie o jedno: o sprzedaż, a co za tym idzie, o zysk.
Nikt nie ma na względzie dobra klienta. Owszem, wszelkie zachęty i reklamy bez przerwy wycierają sobie gębę dobrem, wygodą i zadowoleniem klienta, lecz jest to tylko przykrywka. Nikomu, dokładnie nikomu tak naprawdę nie zależy na moim i Twoim dobru. Nikomu. Żadnej instytucji. Żadnej sieci handlowej. Żadnemu bankowi. Żadnemu operatorowi telefonii, czy kablówki. Nikomu. Wszystkim natomiast zależy na jednym: na sprzedaży i zysku. Zysku wypracowywanego Twoim i moim kosztem. To wszystko. Nie ma niczego więcej. Jest tylko i wyłącznie zysk. Cała reszta to fasada.
Prawda, że myśl świeża, niczym przywiędłe jesienne liście? Oczywiście, że tak. Co jednak ciekawe, swojego czasu pojawiały się ze strony mających na tym świecie coś do powiedzenia (i stracenia) zachęty i wezwania, abyśmy to my właśnie, naszym konsumowaniem, zadłużaniem się itp głupkowatymi postępkami, napędzali gospodarkę. Ba, że wręcz naszym patriotycznym obowiązkiem jest "napędzanie gospodarki". Pomoc gospodarce w kryzysie.
Zaraz, zaraz, że niby co? Ja mam pomagać gospodarce (cokolwiek by to określenie miało oznaczać) kupując jakieś niepotrzebne mi badziewia? Mam pomagać gospodarce, biorąc jakieś bezsensowne kredyty, które na kolejnych trzydzieści lat uczynią ze mnie niewolnika? W imię czego? Kogo? Dla dobra hipotetycznych przyszłych pokoleń?
Aaa, już rozumiem! To właśnie ja mam być jednym z milionów chomików napędzających w swoich małych kołowrotkach rozwój lokalnej i globalnej gospodarki. To właśnie ja, za cenę własnego zdrowia, szczęścia, za cenę bezsensownej egzystencji, mam napędzać gospodarkę. Taką rolę wyznaczyli mi jaśnie nam panujący. I nie chodzi mi tutaj o ekipę aktualnie rządzącą w naszym kraju.
Chodzi raczej o ogólnoświatowy system oparty na konsupcjonizmie i zachęcaniu do bezsensownego otaczania się śmieciami, który jedyne, czego ode mnie wymaga, to tego, abym kupował. Szedł za stadem, nie rozglądał się na boki i tylko i wyłącznie kupował. Zawsze i bez przerwy kupował. Proszki, skarpetki, telefony, podpaski, suplementy diety, witaminy, samochody, domy, mieszkania, pralki, lodówki, meble i telewizory. Mam kupować. Od rana do nocy i od zmierzchu do świtu (kto lubi filmy klasy B, ten wie o co chodzi).
Nieważne. Potrzebuję, czy nie. Mam kupować. Kupować, kupować, kupować... Mam zostać królem śmieci, za które - w ostatecznym rozrachunku - bardzo drogo przyjdzie mi zapłacić. O tym jednakowoż nie muszę już wiedzieć, ponieważ taka wiedza nie służyłaby mojemu chomiczemu dobrostanowi. O to, że po wyciśnięciu ze mnie, wszystkiego co tylko możliwe, zostanę wyrzucony na śmietnik i zastąpiony kolejnym trybikiem, także nie powinienem się troskać. A tak w ogóle to cóż to za brednie? Kiedy już łaskawie zakończy się okres mojej kołowrotkowej niewoli, zostanę przecież otoczony serdeczną opieką dobrej i kochającej gospodarki, którą tak żarliwie napędzałem i będę sobie spędzał czas w moim małym przytulnym mieszkanku... w pozycji horyzontalnej, pod brzozą na ten przykład ;)
Tak oto w pełnej krasie objawiła się przede mną chomicza szczęśliwość napędzacza gospodarki! Nie powiem, sprytnie to ktoś sobie wykoncypował. I oto rzekł: -Napędzajcie i stańcie się niewolnikami! I tak się stało. Sami dobrowolnie daliśmy się w to wrobić. I teraz, chciał nie chciał, napędzamy. Jedni bardziej, inni mniej, lecz każdy po troszku. Nigdy tak do końca nie uda nam się wyjść z naszych kołowrotków. Niestety. Taka prawda.
Mimo wszystko, mi się taka rola nie podoba. I tak kupuję zbyt dużo niepotrzebnych mi rzeczy. I tak daję się czasem naciągać na niepotrzebne mi usługi. W związku z powyższym, szczerze i od serca powiedziawszy, w du...ie mam napędzanie czegokolwiek, z gospodarką włącznie.
W du...ie mam, czy jest to przez kogoś uznawane za mój obowiązek społeczny, patriotyczny, idiotyczny, czy jakikolwiek inny. Nie interesuje mnie to zupełnie, olewam to, przechodzę mimo, mam to w nosie, kicham na to, żeby nie wyrazić się dosadniej.
Tupnę nóżką i odwrócę się pleckami. I nie będę napędzał. Mój chomiczy kołowrotek, z którego i tak nigdy do końca się nie uwolnię, będę starał się obracać jak najwolniej. Ba, kiedy tylko się da, to będę się w nim bezczelnie wylegiwał. Jestem dziwny? Aspołeczny? Zakompleksiony? Niedojrzały emocjonalnie? Cierpię na zaburzenia osobowości? A proszę bardzo. Na zdrowie. Niech i tak będzie. Ani mnie to grzeje, ani ziębi. To jest jednak moje życie. A to ja. Człowiek, a nie bezmyślne urządzenie służące do napędzania czegokolwiek w imię jakichkolwiek poronionych idei. Nie będę i koniec! Dlaczego? Bo mogę!
Każdy ma jednak wolną wolę. Jak kto chce, to niech tam napędza. W imię lepszego życia, ocieplenia klimatu, lokalnej ojczyzny, podwyższania standardów, obniżania podatków, Unii Europejskiej lub króla pruskiego, systemu emerytalnego, dla dzieci, czy tam wnuków. Mniej lub bardziej fikuśnych powodów znajdą się setki. Dla każdego coś dobrego. Jak zwykle: trzeba wybierać. Takie życie, a i tak jak byś się nie obrócił to d...pa zawsze z tyłu...
Tak jakoś dzisiaj rano rozmawialiśmy sobie luźno z Matyldą, trochę o wszystkim i o niczym, jak to przy porannej kawie.
Było coś tam o kredytach we frankach, w tle bez przerwy na oddech "włączali niskie ceny", gorąca kawa parowała w kubkach. Ot, poranek jak setki innych.
Gadaliśmy, gadaliśmy, zahaczyliśmy o temat wyrabiania narzuconych "targetów", norm sprzedażowych, wciskania klientom produktów stojących przy kasie itp praktyk i tak jakoś pomyślałem sobie (wiem, wielce, zaprawdę wielce odkrywcza to myśl ;), że w tym wszystkim - nieważne czy są to kredyty na przewartościowane domy, czy wciskanie klientom niepotrzebnych im towarów i usług - chodzi tylko i wyłącznie o jedno: o sprzedaż, a co za tym idzie, o zysk.
Nikt nie ma na względzie dobra klienta. Owszem, wszelkie zachęty i reklamy bez przerwy wycierają sobie gębę dobrem, wygodą i zadowoleniem klienta, lecz jest to tylko przykrywka. Nikomu, dokładnie nikomu tak naprawdę nie zależy na moim i Twoim dobru. Nikomu. Żadnej instytucji. Żadnej sieci handlowej. Żadnemu bankowi. Żadnemu operatorowi telefonii, czy kablówki. Nikomu. Wszystkim natomiast zależy na jednym: na sprzedaży i zysku. Zysku wypracowywanego Twoim i moim kosztem. To wszystko. Nie ma niczego więcej. Jest tylko i wyłącznie zysk. Cała reszta to fasada.
Prawda, że myśl świeża, niczym przywiędłe jesienne liście? Oczywiście, że tak. Co jednak ciekawe, swojego czasu pojawiały się ze strony mających na tym świecie coś do powiedzenia (i stracenia) zachęty i wezwania, abyśmy to my właśnie, naszym konsumowaniem, zadłużaniem się itp głupkowatymi postępkami, napędzali gospodarkę. Ba, że wręcz naszym patriotycznym obowiązkiem jest "napędzanie gospodarki". Pomoc gospodarce w kryzysie.
Zaraz, zaraz, że niby co? Ja mam pomagać gospodarce (cokolwiek by to określenie miało oznaczać) kupując jakieś niepotrzebne mi badziewia? Mam pomagać gospodarce, biorąc jakieś bezsensowne kredyty, które na kolejnych trzydzieści lat uczynią ze mnie niewolnika? W imię czego? Kogo? Dla dobra hipotetycznych przyszłych pokoleń?
Aaa, już rozumiem! To właśnie ja mam być jednym z milionów chomików napędzających w swoich małych kołowrotkach rozwój lokalnej i globalnej gospodarki. To właśnie ja, za cenę własnego zdrowia, szczęścia, za cenę bezsensownej egzystencji, mam napędzać gospodarkę. Taką rolę wyznaczyli mi jaśnie nam panujący. I nie chodzi mi tutaj o ekipę aktualnie rządzącą w naszym kraju.
Chodzi raczej o ogólnoświatowy system oparty na konsupcjonizmie i zachęcaniu do bezsensownego otaczania się śmieciami, który jedyne, czego ode mnie wymaga, to tego, abym kupował. Szedł za stadem, nie rozglądał się na boki i tylko i wyłącznie kupował. Zawsze i bez przerwy kupował. Proszki, skarpetki, telefony, podpaski, suplementy diety, witaminy, samochody, domy, mieszkania, pralki, lodówki, meble i telewizory. Mam kupować. Od rana do nocy i od zmierzchu do świtu (kto lubi filmy klasy B, ten wie o co chodzi).
Nieważne. Potrzebuję, czy nie. Mam kupować. Kupować, kupować, kupować... Mam zostać królem śmieci, za które - w ostatecznym rozrachunku - bardzo drogo przyjdzie mi zapłacić. O tym jednakowoż nie muszę już wiedzieć, ponieważ taka wiedza nie służyłaby mojemu chomiczemu dobrostanowi. O to, że po wyciśnięciu ze mnie, wszystkiego co tylko możliwe, zostanę wyrzucony na śmietnik i zastąpiony kolejnym trybikiem, także nie powinienem się troskać. A tak w ogóle to cóż to za brednie? Kiedy już łaskawie zakończy się okres mojej kołowrotkowej niewoli, zostanę przecież otoczony serdeczną opieką dobrej i kochającej gospodarki, którą tak żarliwie napędzałem i będę sobie spędzał czas w moim małym przytulnym mieszkanku... w pozycji horyzontalnej, pod brzozą na ten przykład ;)
Tak oto w pełnej krasie objawiła się przede mną chomicza szczęśliwość napędzacza gospodarki! Nie powiem, sprytnie to ktoś sobie wykoncypował. I oto rzekł: -Napędzajcie i stańcie się niewolnikami! I tak się stało. Sami dobrowolnie daliśmy się w to wrobić. I teraz, chciał nie chciał, napędzamy. Jedni bardziej, inni mniej, lecz każdy po troszku. Nigdy tak do końca nie uda nam się wyjść z naszych kołowrotków. Niestety. Taka prawda.
Mimo wszystko, mi się taka rola nie podoba. I tak kupuję zbyt dużo niepotrzebnych mi rzeczy. I tak daję się czasem naciągać na niepotrzebne mi usługi. W związku z powyższym, szczerze i od serca powiedziawszy, w du...ie mam napędzanie czegokolwiek, z gospodarką włącznie.
W du...ie mam, czy jest to przez kogoś uznawane za mój obowiązek społeczny, patriotyczny, idiotyczny, czy jakikolwiek inny. Nie interesuje mnie to zupełnie, olewam to, przechodzę mimo, mam to w nosie, kicham na to, żeby nie wyrazić się dosadniej.
Tupnę nóżką i odwrócę się pleckami. I nie będę napędzał. Mój chomiczy kołowrotek, z którego i tak nigdy do końca się nie uwolnię, będę starał się obracać jak najwolniej. Ba, kiedy tylko się da, to będę się w nim bezczelnie wylegiwał. Jestem dziwny? Aspołeczny? Zakompleksiony? Niedojrzały emocjonalnie? Cierpię na zaburzenia osobowości? A proszę bardzo. Na zdrowie. Niech i tak będzie. Ani mnie to grzeje, ani ziębi. To jest jednak moje życie. A to ja. Człowiek, a nie bezmyślne urządzenie służące do napędzania czegokolwiek w imię jakichkolwiek poronionych idei. Nie będę i koniec! Dlaczego? Bo mogę!
Każdy ma jednak wolną wolę. Jak kto chce, to niech tam napędza. W imię lepszego życia, ocieplenia klimatu, lokalnej ojczyzny, podwyższania standardów, obniżania podatków, Unii Europejskiej lub króla pruskiego, systemu emerytalnego, dla dzieci, czy tam wnuków. Mniej lub bardziej fikuśnych powodów znajdą się setki. Dla każdego coś dobrego. Jak zwykle: trzeba wybierać. Takie życie, a i tak jak byś się nie obrócił to d...pa zawsze z tyłu...
Obrazki: freeimages.com





